6.
Dojazd do domu nie zajął nam dużo czasu jednakże upłynął w ciszy. Uru zrobił się jakiś dziwny. Ani razu na mnie nie zerknął ani nic. Poczułam się źle. całował mnie, a teraz po prostu ignorował? Nie chciałam być nachalna, a po za tym znowu obleciały mnie obawy, dlatego siedziała cicho, jak mysz pod miotłą. Bez słowa przeszliśmy przez hol i wsiedliśmy do windy. Dopiero gdy drzwi się za nami zasunęły Kouyou na mnie spojrzał. Jego oczy były… bez wyrazu. Mogłabym je określić wręcz jako zimne, beznamiętne. Przeszedł mnie dreszcz – nie przyjemności, a strachu. A może jednak pomyliłam się co do niego?
Nim otworzyłam usta by coś powiedzieć, Uru nacisnął przycisk stop na panelu windy, przyciągnął mnie do siebie i pocałował – brutalnie, zaborczo. Przestraszył mnie, ale nie miałam odwagi się odsunąć. Jego usta miażdżyły moje w pocałunku, jego język był wszędzie. Ten pocałunek strasznie się różnił od pocałunku w samochodzie. Boże, jak ja mogłam dopuścić do tego…
Ból w dolnej wardze wyrwał mnie z rozmyślań. Cholera, nawet nie odwzajemniłam jego pocałunku. Uruha patrzył na mnie niezadowolony, oblizał usta i odsunął się ode mnie gwałtownie, jakbym mu coś zrobiła i zwolnił hamulec windy, która ruszyła w górę. Matko, co ja najlepszego zrobiłam? Poczułam się tak, jakbym gwałtownie się zderzyła z rzeczywistością, a to wszystko było tylko snem. Koszmarem?
Winda stanęła i drzwi się rozsunęły.
Prawie biegiem ruszyłam do drzwi apartamentu, który zajmowałam z Yuu i wleciałam do środka. Shiroyama siedział w kuchni paląc papierosa, a przed nim znajdowała się popielniczka pełna niedopałków, paczka papierosów i zapalniczka. Gdy stanęłam przed nim wydmuchnął w moim kierunku dym z ust i spojrzał mi w oczy. Z impetem rozdusił papierosa w popielniczce.
- Gdzie ty – urwał gdy Uruha stanął obok. Odruchowo się odsunęłam, a mężczyzna prychnął. Wiem, zachowałam się idiotycznie zwłaszcza po tym co między nami zaszło, ale w windzie cholernie mnie wystraszył! – wy, do cholery, byliście!? – wrzasnął na nas. Po raz pierwszy Yuu na mnie krzyczał. Poczułam się źle, a zrobiło mi się jeszcze bardziej, gdy jego wzrok powędrował na moje usta. Rumieńce wypłynęły na moje policzki i odwróciłam wzrok. Czułam się tak, jakby Yuu dokładnie wiedział co się wydarzyło zarówno dwadzieścia minut temu w aucie, jak i teraz chwilę temu w windzie.
- Dobrze się bawiłaś? – syknął wstając, a w jego oczach pojawiła się złość i ból. Boże, przecież on nie mógł wiedzieć co zaszło między mną, a jego najlepszym przyjacielem. Poczułam straszne wyrzuty sumienia i żałowałam tego, co zrobiłam. Mój Boże, przecież ja kocham Shiroyamę całym sercem, duszą i ciałem, a zachowałam się jak jakaś pospolita dziwka. Mój ojciec miał rację, mówiąc mi, że jestem nic nie wartym bękartem.
- Spuść z tonu, Aoi – warknął Uruha postępując krok w przód. Yuu wstał gwałtownie odsuwając z piskiem krzesło, które się przewróciło.
- Nie wtrącaj się, Uruha! – krzyknął, jednak wpatrywał się cały czas we mnie. nie mogłam znieść widoku jego pięknych oczu pełnych cierpienia. To było nie do zniesienia.
- Aoi, nie zmuszaj mnie od użycia siły – wysyczał wściekle Kouyou zaciskając dłonie w pieści. Yuu spojrzał z pogardą na jego dłonie i prychnął.
- Widzę, że już używałeś – zauważył sarkastycznie. – A teraz wyjdź, jeśli ci życie miłe. Mam do pogadania z moją podopieczną. – zabolało. Zabolało, jak cholera. A więc jestem dla niego tylko podopieczną. Poczułam się cholernie źle. Zadrżałam z obrzydzenia do samej siebie. Jak mogłam postąpić tak nie fair w stosunku do Shiroyamy? Jeśli on się o tym dowie to mnie znienawidzi. Ale… niby dlaczego miałby to zrobić? W końcu i tak kochał mnie jak siostrę, a teraz na dodatek nazwał mnie swoją podopieczną. Łzy zakręciły się w mych oczach. To jedno słowo błąkało się po moim umyśle.
- Grozisz mi, Yuu? – spytał agresywnie. – I to wszystko przez… nią?! – miałam wrażenie, jakbym grała w jakiejś wyjątkowo głupiej wenezuelskiej telenoweli. Słowa Uruhy bardzo mnie zraniły. Nawet bardziej niż Yuu. całował mnie, zachowywał się tak cudownie, jako mój przyjaciel, a teraz… teraz traktował mnie, jak zwykłego śmiecia? Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, a ja nawet nie starałam się jej ukryć. Dłonie tak mocno ze sobą splotłam, że sprawiały mi fizyczny ból. Czyli Uruha przez te wszystkie lata uważał mnie za intruza. A pocałował mnie, bo… chciał się zabawić moim kosztem? Nie chciałam w to wierzyć. Przecież Uruha był zawsze taki kochany, ale mężczyzna stojący obok w ogóle go nie przypominał.
- Ostrzegam cię – głos Shiroyamy był zimny jak lód. – I zwracaj się do Sheili z szacunkiem – dodał wyciągając w moją stronę dłoń. Nie mogłam jej chwycić. Nie mogłam, po prostu nie mogłam. Spojrzałam na niego oczami pełnymi łez chowając swoje dłonie za siebie. W jego oczach oprócz złości i bólu pojawiło się również zaskoczenie i rozczarowanie. Ciszę w kuchni przerywaną naszymi oddechami przerwał nieprzyjemny śmiech Uru.
- A wiesz czemu ona nie chce cię dotknąć? – zapytał, a ja zamarłam. Och, kurwa, nie. Błagam, niech on tego nie mówi! – Bo nasza mała Shell…
- Zamknij się! – przerwał mu Shiroyama. – Nie obchodzą mnie twoje gierki. Ostrzegałem cię cały czas, ale do ciebie nie docierało. Zostaw ją w spokoju! Nie pozwolę byś ją skrzywdził! Nie dotkniesz jej nigdy więcej! – po moich policzkach łzy płynęły jedna za drugą. A więc wiedział. Ale skąd? Jak mógł to zauważyć, poczuć? Oblizałam zasunięte usta i zamarłam. Po lewej stronie dolnej wargi poczułam niewielką rankę. Och, boże i było oczywiste to, że sama się nie skaleczyłam. Cichy szloch wyrwał się z mojej piersi.
- Nie zgrywaj cnotki – odezwał się do mnie Uruha. – W samochodzie taka nie byłaś – dodał złośliwie i usłyszałam coś w rodzaju cmoknięcia. Spojrzałam przerażona na Yuu, który cały się trząsł zaciskając i rozluźniając pięści. Zrobił krok w stronę Uru, uśmiechającego się kpiąco.
- Yuu… - szepnęłam płaczliwie. Nie spojrzał nawet na mnie. a czego się spodziewałam? To było oczywiste, że jeśli się dowie to mniej więcej tak się skończy.
- Ty. Cholerny. Draniu – sapał Shiroyama. – Mówiłem, żebyś nie ważył się dotknąć Sheili! – dosłownie rzucił się na niego zaciskając dłonie na szyi chłopaka, który zaskoczony poleciał do tyłu i oboje wylądowali na podłodze. Krzyknęłam cicho i załapałam Yuu za bluzę szarpiąc go by puścił Uru, który zaczął się dusić i robić czerwony na twarzy.
- Cholera, Yuu, puść go! – płakałam starając się odsunąć mężczyzn od siebie, ale Yuu tylko z całej siły szarpnął się i nim zdążyłam zareagować jego pięść wylądowała na policzku gitarzysty. Zakryłam usta dłonią i jęknęłam szlochając. Oni się pozabijają. Uruha był już wściekły, a teraz jego oczy miały tak morderczy wyraz, że… nie, muszę coś zrobić. Nie mogę pozwolić by coś im się stało. Nawet podłemu Uru.
- Przestańcie natychmiast! – wrzasnęłam ocierając policzki z łez. Przywołałam na swoje oblicze chłodne opanowanie, które zawsze mi pomagało ogarnąć sytuację. Mężczyźni nie zareagowali. Szarpali się tarzając po podłodze w kuchni i krzyczeli na siebie nawzajem tak szybko, że nie nadążałam ze zrozumieniem słów. Owszem, znałam japoński bardzo dobrze, ale oni tak prędko mówili na dodatek sapiąc i dysząc, że nie byłam w stanie ich zrozumieć.
Chwyciłam nóż ze stojaka z blatu kuchennego. Największy jaki się dało.
- Uspokójcie się albo sama was pozabijam! – ryknęłam tak głośno, że aż gardło mnie zapiekło żywym ogniem. Mężczyźni nie zareagowali. Szamotali się zawzięcie i już miałam uciec do swojego pokoju, gdy wpadli na stół zwalając z niego pustą szklankę, która spadła na podłogę rozbijając się. Nie powstrzymało ich to. Naprawdę strach zaczął mną władać, ale zauważyłam krew na skroni Yuu tam, gdzie miał szwy. Mój boże…
- Przestańcie!!! – kopnęłam Uruhę w stopę, która nawinęła się koło mnie. chłopak jęknął i w tym samym momencie po raz kolejny, nawet nie wiem już który, dostał z pięści, ale miał jeszcze tyle siły, że oddał Yuu który się z niego zsunął z głuchym jękiem i chwycił za ranę.
- Idioto, cholerny – warknęłam na Uruhę drżąc ze strachu. Mój głos był jednak głośny mimo tego, że się załamywał. – Yuu… Yuu, popatrz na mnie – poprosiłam padając na kolana przed leżącym mężczyzną. Podniósł na mnie umęczony, zraniony wzrok. Śliwka pod lewym okiem stawała się widoczna, a pęknięcie dolnej wargi krwawiło delikatnie. W moich oczach znów zebrały się łzy. Boże, do czego ja doprowadziłam?
Uruha leżał na plecach wpatrując się w sufit i dyszał głośno. Ślady pobicia odbiły się również na jego twarzy. Jasna cholera, jeszcze narażę się komuś z góry i będę musiała płacić im odszkodowanie, że zniszczyłam… podniszczyłam ich wizerunek na kilkanaście dni przed trasą. Ale to nie było dla mnie w tej chwili najważniejsze. Liczył się Yuu. i pragnęłam tylko jego wybaczenia.
- Sheila… czemu mi to zrobiłaś? – wyszeptał łamiącym się głosem, a po jego policzku spłynęła samotna łza. Wybuchłam głośnym płaczem. No właśnie, idiotko, czemuś to zrobiła?! Bo miałam taki kaprys… bo Uruha zawrócił mi w głowie… bo byłam zmęczona i nie myślałam racjonalnie… bo jestem skończoną debilką! Nie wiem, jak mogłam do tego dopuścić. Cholera, no, jak?! Kochałam Yuu, a zdradziłam go z Uruhą…
- Bo jest puszczalską – odparł za mnie Kouyou, który wstał już z podłogi. – Jak ci minie obsesja na jej punkcie to daj znać. Trasa niedługo się zacznie. – po czym jak gdyby nigdy nic wyszedł z naszego… a raczej z mieszkania Yuu. czułam, że nie mam prawa nazywać tego apartamentu swoim domem. Już nie. Od teraz nie miałam domu… Shiroyama warknął coś pod nosem.
- Yuu, trzeba to opatrzyć – wyszeptałam łamiącym się głosem ocierając policzki z łez. Chciałam odsunąc jego dłoń od rany, ale odchylił się do tyłu. Nie chciał bym go dotykała.
- Powiedz mi, Shelly, dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego? – szeptał cichutko słabnącym głosem. Mężczyzna zrobił się strasznie blady. – Po tym co między nami… zaszło… ty… poszłaś… z nim… - poczułam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Yuu patrzył na mnie z cierpieniem wymalowanym w oczach. – Dałem ci wszystko: dom, jedzenie, ubrania, miłość – ostanie słowo ledwo przeszło mu przez gardło. – Dlaczego mnie… zdradziłaś? Pozwoliłaś się dotykać po trzech latach i od razu rzuciłaś się w ramiona Uruhy? Dlaczego…? Dbałem o ciebie jak o własną rodzinę…
Jego słowa bardzo mnie raniły. Ale miał rację. Zaczęłam się łamać i co zrobiłam? Dałam się omotać Urusze. Serce mi krwawiło patrząc na niego.
- Shiroyama… błagam… pozwól się mi opatrzyć… szwy ci puściły – patrzyłam na niego błagalnie. Shiroyama skinął nieznacznie głową i sam pozbierał się z podłogi. Skierował się chwiejnym krokiem do łazienki i przysiadł na brzegu wanny, a ja drepcząc za nim od razu wyjęłam z szafki dużą apteczkę. Wyjęłam to co było mi potrzebne i zbliżyłam się do Yuu, który ze zwieszonymi ramionami i dłońmi opartymi o rozstawione kolana opuścił głowę i wpatrywał się w podłogę. Nie mogłam zrozumieć, jak mogłam doprowadzić do takiej sytuacji. Jak? No, jak!?
- Zaboli teraz troszkę – ostrzegłam cicho wlewając na opatrunek wodę utlenioną.
- Bardziej już nie może – wycharczał i dobrze wiedziałam, że nie miał na myśli zranienia. Ręce mi drżały gdy ocierałam ślady krwi najpierw z wargi, a potem skroni Yuu. skrzywił się, syknął, ale nie odezwał słowem.
- Musimy jechać do szpitala, żeby założyli ci nowe szwy – powiedziałam cicho stając między jego nogami. Czułam ciepło bijące od jego ciała i jego zapach. Boże drogi, dlaczego pozwoliłam sobie na to wszystko z Uru? Po co mi to było? Mężczyznę którego kochałam i pożądałam siedział teraz przede mną na brzegu wanny i cierpiał w milczeniu. Zraniłam go. Potraktowałam przedmiotowo. I co z tego, że nie zdawał sobie sprawy z moich uczuć względem niego. To wcale nie było ważne. Ja wiedziałam i dlatego czułam się fatalnie. Jak zdzira. I jeszcze zachowanie Takashimy… najpierw mnie bronił przed liderem, pomógł z Reitą, wykorzystał, bo inaczej tego nazwać nie można i wdał się w bójkę z Shiroyamą.
- Yuu? – wrzuciłam opatrunek do umywalki i ponownie odwróciłam się przodem do niego. Spoglądał gdzieś w bok przechylając w tą samą stronę głowę. – Spójrz na mnie – poprosiłam łamiącym się głosem. Nie zrobił tego, ale jego ramiona oplotły się dokoła mojej talii, a on sam wtulił się we mnie. zacisnęłam szczękę, ale łzy i tak wezbrały się w mych oczach, a po chwili gorącymi strumieniami płynęły po zarumienionych policzkach. Z mojego gardła wydarł się szloch. Poczułam niesamowitą ulgę, gdy wtulił się we mnie i obejmował mnie w pasie. Było mi tak dobrze, że zapomniałam o Uru, o bójce, o reszcie chłopaków… teraz najważniejszy był Yuu. och, kurwa, a jeszcze niedawno mówiłam, że najważniejszy jest Uru, jednak… kochałam Shiroyamę i tylko jego. Nikogo innego. Istniał dla mnie tylko on.
- Przepraszam, że cię zawiodłam – wyszeptałam obejmując jego szyję. Nic nie powiedział tylko mocniej mnie objął i podniósł na mnie wzrok. Jego oczy były pełne łez. Wyglądał teraz żałośnie – podbite oko, rozcięta skroń i pęknięta warga. Ale dla mnie był najprzystojniejszym mężczyzną na świecie. Nie chciałam więcej myśleć o swoim bezmyślnym zachowaniu i pocałunku z Uruhą. Nie chciałam, nie chciałam! Shiroyama uśmiechnął się blado i od razu się skrzywił.
- Możesz zawieźć mnie do szpitala? – skinęłam szybko głową.
- Zadzwonię po taksówkę…
- Nie! – zaprzeczył gwałtownie przyciągając mnie z powrotem. Oparłam się o jego tors. – Pojedziemy moim samochodem.
- Nie możesz… prowadzić w takim stanie – zauważyłam niepewnie. Nie chciałam, żebyśmy mieli jeszcze więcej problemów. I tak to wszystko mnie przerastało.
- Ty poprowadzisz – odparł jak gdyby nigdy nic i wstał. Już nie byłam od niego wyższa, ale to nie było ważne. Podniosłam głowę by na niego spojrzeć.
- Nie mam prawka – przypomniałam mu drżąc. Bałam się tego co może się jeszcze wydarzyć. Bałam się Uruhy. Bałam się o zespół. Byłam takim tchórzem!
- Dasz sobie radę. Samochód sam się prowadzi – stęknął Yuu. – Proszę, chodźmy, źle się czuję…
- Oczywiście – objęłam go w pasie, a on oparł się ramieniem o moje barki. W ciągu kilku minut znaleźliśmy się w garażu. Chryste, marzyłam o tym by obudzić się w łóżku, a to wszystko okazałoby się koszmarem sennym. Niestety ilekroć się szczypałam nie budziłam się. Podeszliśmy do samochodu Yuu, który wydał mi się jeszcze większy niż był w rzeczywistości. Mężczyzna wyciągnął kluczyki i podał mi je. Pomogłam mu wsiąść do samochodu uważając by nie zranić go mocniej. W dalszym ciągu byłam bardzo zdenerwowana i gdy usiadłam za kierownicą dłonie drżały mi tak mocno, że nie mogłam trafić kluczykiem w stacyjkę. Zerknęłam kątem oka na zegar na tablicy rozdzielczej – dochodziła czwarta nad ranem, a ja w tej chwili już nie odczuwałam zmęczenie. Stres mnie rozbudził.
- Spokojnie, bo nas pozabijasz jeszcze – mruknął Shiroyama.
- Jak ty możesz tak mówić? Jesteś taki spokojny, a przecież pobiłeś się z Takashimą i… jesteś wściekły na mnie i… cholera jasna, dlaczego się uśmiechasz?! – wybuchłam gdy w końcu z impetem wsadziłam kluczyk w stacyjkę, wdusiłam pedał sprzęgła i gwałtownie przekręciłam kluczyk. Odpalił za pierwszym razem.
- Zauważ, że jestem ranny – powiedział cicho. – A po za tym… to nie jest twoja wina i owszem jestem wściekły na ciebie, ale nie mam siły się złościć, naprawdę. Powściekam się jak odpocznę. Wina leży po stronie Uruhy i pamiętasz, co ci mówiłem dzisiaj… a właściwie wczoraj w twojej sypialni? Zostaw to mnie. załatwię to.
- Właśnie widzę, jak – prychnęłam. Przed moimi oczami paliło się kilka kontrolek, a ja nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Tym bardziej, że byłam podminowana tym wszystkim co się wydarzyło.
- Jedynka, puszczasz sprzęgło… - głos Yuu był coraz cichszy.
- Szsz, nic nie mów. Dam radę. – pomotałam się chwilę i samochód szarpnął się do przodu. – Och… - kilka „ochów” i prób później wyjeżdżałam przerażona z garażu. A kompletnie zaczęłam panikować gdy wyjechałam na dość ruchliwą, jak na tą porę, ulicę. Trąbienie innych kierowców strasznie mnie irytowało, ale bałam się jechać szybciej niż czterdzieści na godzinę. Po dwudziestu minutach zajechałam pod szpital i z ulgą zaparkowałam na jednym z wolnych miejsc. Zaciągnęłam ręczny, zgasiłam silnik i spojrzałam na Yuu, który spał.
jacy zaborczy^^ i złu Uru, wredny i niedobry! normalnie przestaję go lubić! i lecę czytać dalej, żeby dowiedzieć się jak to się potoczy
OdpowiedzUsuń