3.1.
PWR
Spoglądałem na Kaia, który krzątał się po kuchni przygotowując posiłek. W dalszym ciągu nie doszedł do siebie po awanturze z Rukim i tym całym syfie związanym z Aoiem. To było trudne dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla niego, bo przecież jest naszym liderem i nigdy nie zdarzyło się by któryś z nas się mu sprzeciwił. Cholera, co też wokaliście odpieprzyło? Po co się stawiał? Tylko na tym ucierpiał Aoi. Ale on przynajmniej miał Sheilę, która dbała o niego teraz i pilnowała by nie stała mu się krzywda. Z tego co mówił Uruha ma się całkiem dobrze. Całe szczęście. Zbliża się trasa koncertowa, więc wszyscy musimy być w świetnej formie. Aoi wydobrzeje do tego czasu. Sheila na pewno mu w tym pomoże. Uśmiechnąłem się do siebie. Rozkoszna dziewczyna. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej uczucia względem Aoia są tak widoczne, że już wszyscy o nich wiemy. No, prawie wszyscy – Yuu jest ślepy albo po prostu jak twierdzi Kai, nie chce dopuścić do siebie myśli, że między nim a tą dziewczyną mogłoby dojść do czegoś więcej. Uważał, że po tym co przeszła – opowiedział nam wszystko czego się dowiedział o jej ojcu i zmarłej matce – nie należy mieszać jeszcze bardziej w jej życiu. Wystarczyło to, że z nami jest. Byłem ciekaw uczuć Aoia, bo nigdy nam nie powiedział, co do niej czuje. Jasne, mówił wielokrotnie tak jak reszta o miłości braterskiej, no, ale ludzie oni ze sobą mieszkają! Dobra, Rei, uspokój się. To, że ty myślisz o jednym to nie znaczy, że inni też tak robią. Cholera, ale ona naprawdę go kocha. Gdy myśli, że nikt nie widzi wodzi za nim rozmarzonym wzrokiem. Ale to dziwne, że nie pozwala się dotknąć chociażby jemu. Wiem, że po tym co przeszła to wcale nie będzie łatwe, ale…
- Kurwa! – krzyk lidera wyrwał mnie z zamyślenia. Przerażony spojrzałem na chłopaka, który zaciskał dłoń na kciuku drugiej ręki… z której kapała czerwona maź.
- Jezu, Yutaka! – krzyknąłem podbiegając do niego. – Coś ty… zrobił!? – odsłoniłem zraniony palec z którego leciała krew. Przytknąłem ręcznik do jego ręki i zacząłem przeszukiwać szafki w poszukiwaniu apteczki.
- Akira – jęknął perkusista opierając się o drzwi lodówki zaczął osuwać się na podłogę. – Źle się czuję…
- Kai, cholera, nie mdlej! – upadłem na kolana przed nim zaprzestając poszukiwań apteczki. Ująłem jego twarz w swoje dłonie. Miał już przymknięte oczy i drżące wargi, które wydały mi się jeszcze bardziej kuszące niż zwykle.
- Akira – wymamrotał Kai. – Kręci mi się w głowie.
Spojrzałem na jego bladą twarz – zmarszczone brwi, rozchylone usta, przymknięte oczy. Całkowicie zapomniałem o jego skaleczeniu, które wytrąciło go z równowagi. Rana nie była głęboka, ale mocno krwawiła, jednak Kai nie lubił patrzeć na własną krew. Innych go nie ruszała, ale jego własna właśnie tak na niego działała – robiło mu się słabo. Nie przeszkadzało mi to w nim, ale… to było trochę zabawne, nie? Zachichotałem. Kai był naprawdę uroczy i za to właśnie między innymi go kochałem. Taa, kochałem. Byłem pewien, że nie jestem mu obojętny, ale jak do tej pory nie wykonał w moją stronę najmniejszego gestu. Tak jakby się czegoś obawiał. A mnie było coraz trudniej powstrzymywać się przed chęcią dotknięcia jego dłoni… pocałowania go… Był moim marzeniem. Śniłem o nim w nocy, a w dzień, gdy nie było go nigdzie w pobliżu myślałem o nim. Towarzyszył mi cały czas. Nie mogłem i nie chciałem przestać o nim myśleć.
- Kai – szepnąłem, gdy otworzył oczy i spojrzał wprost w moje. Przeszedł mnie dreszcz tak, jak za każdym razem gdy na mnie patrzył, ale tym razem w jego wzroku było coś więcej. coś co mnie do niego przyciągało. Pragnąłem pocałować go od bardzo dawna i… wielokrotnie już chciałem to zrobić, ale zawsze coś mi w tym przeszkodziło. A teraz… teraz mogłem to zrobić nie obawiając się tego, że ktoś nam przerwie. Pochyliłem się w jego stronę, już czułem na ustach jego oddech, gorący, urywany, gdy usłyszeliśmy głośne pukanie do drzwi. Odskoczyłem jak oparzony od Kaia i zerwałem się na równe nogi. Jasna cholera, co ja miałem zamiar zrobić?! Chciałem… chciałem pocałować… Tanabe!? Nie, chciałem spełnić swoje marzenie. Cholera, cholera, cholera!!!
Yutaka popatrzył na mnie zamglonym wzrokiem i nie byłem pewny co go spowodowało – ranka na kciuku czy moja bliskość? Och, jak bardzo pragnąłem, żeby to moja bliskość tak na niego zadziałała!
Pukanie, a raczej walenie do drzwi się powtórzyło.
- Lepiej otworzę, bo ten ktoś jeszcze wyważy ci drzwi – zażartowałem drżącym od emocji głosem i uciekłem z kuchni. Nie miałem czasu się opanować, bo ledwo przekręciłem zamek w drzwiach osoba stojąca po drugiej stronie wtargnęła do mieszkania niczym chmura gradowa. Baaardzo duża chmura gradowa.
- Reita? A co ty tu… nie ważne! – Aoi machnął ręką w moim kierunku i ruszył do kuchni. – Jasna cholera, a co tu się stało?! Kai!
Uśmiechnąłem się pod nosem. Yuu się zdenerwował? To nowość. On był najbardziej spokojnym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem i nigdy jeszcze nie widziałem go w takim… stanie. to było naprawdę dziwne. A skoro przyszedł tutaj to znaczyło tylko jedno – spięcie z Sheilą. No, bo niby z kim innym?
Powędrowałem do kuchni po drodze wyjmując papierosa z paczki.
- Kai, do cholery, to tylko kciuk! A ta twoja krwawiąca jama jest wielkości pchły! – warczał Aoi, który w dalszym ciągu był cholernie nabuzowany. Uj, Sheila nieźle musiała mu zaleźć za skórę. Aż dziwnie, jak nie niemożliwe.
- Uspokój się – syknąłem na Yuu, który dosłownie wariował. Nie ważne czy miał poważny powód ku temu czy nie – nie pozwolę mu się wydzierać i wyżywać na moim ukochanym. I co z tego, że Aoi nie miał o tym pojęcia, a Kai… Kai udawał, że nic o tym nie wie?
Shiroyama popatrzył na mnie zimno i usiadł na krześle przy stole. Złączył dłonie przed sobą i mógłbym przysiąc, że odliczał w myślach, żeby się uspokoić. Kai spojrzał na mnie błagająco trzymając swój kciuk w ręczniku. No, ludzie, proszę was, ile on ma lat? Uśmiechnąłem się krzywo. Ale i tak go kochałem. Wsunąłem nie zapalonego papierosa do ust i zbliżyłem się do naszego kochanego lidera. Zająłem się jego raną (raneczką…) i po chwili uszczęśliwiony chłopak uśmiechnął się do mnie ukazując zabójcze dołeczki w policzkach przez które moje ciśnienie wzrastało.
- Dzięki, Akira – i jak gdyby nigdy nic wrócił do tego co robił poprzednio z tą różnicą, że nóż którym się zranił wrzucił do zlewu. Wywróciłem oczami na ten gest.
- Przestaliście się już migdalić? – sapnął Aoi. – Jestem w potrzebie!
- Odbiło co!? – warknąłem na niego. Boże, co z tym człowiekiem się stało?! Gdyby nie to, że był poszkodowany przez wczorajszą sytuację to najchętniej bym mu przyłożył. Ale z zasady rannych nie biję. Taaa…
- Kurwa, no – Aoi spojrzał na mnie, a potem na Kaia. – Muszę z kimś pogadać.
- Póki co to na nas warczysz – odparłem chrapliwie. – Spuść z tonu.
Yuu westchnął ukrywając twarz w dłoniach. Milczał przez chwilę, a my wpatrywaliśmy się w niego z wyczekiwaniem. Kai przestał kroić marchewkę, a ja odpaliłem papierosa, zaciągając się głęboko.
- No? – popędziłem go, bo chciałem jak najszybciej zostać sam na sam z liderem. Chciałem w końcu coś zrobić, a teraz już musiałem. Po prostu musiałem. To nie jest tak, że miałem gdzieś sprawy Aoia, ale… no właśnie, ale… jeżeli on nie określi swoich uczuć względem Sheili to my mu w niczym nie pomożemy, a tylko się będzie bardziej ciskał. Może Uruha mu pomoże, bo on jakoś najbardziej oprócz Aoia docierał do Sheili.
- Nie, wy mi nie pomożecie – burknął Yuu i wstał gwałtownie. – Pamiętajcie o zabezpieczeniu. Niechciana ciąża jest teraz niepowołana. – i opuścił mieszkanie Kaia pozostawiając nas zszokowanych. Pierwszy otrząsnął się perkusista wybuchając głośnym śmiechem. Spojrzałem na niego krzywo. No, tak, on to sobie potraktował, jak dobry żart, a mnie to naprawdę zabolało. Co prawda to co powiedział Shiroyama to kompletna bzdura, ale… nie, teraz już nie wycofam się jak tchórz. Yuu nieświadomie mnie popchnął w kierunku Kaia.
- Bawi cię to? – spytałem z zaczepką w głosie gasząc papierosa w popielniczce stojącej obok zlewu. – Chcesz wpaść?
Kai spojrzał na mnie jak na wariata, jednak rumieniec na jego policzkach powiedział mi wszystko co chciałem wiedzieć.
- Reita, daj spokój – westchnął jednak tylko i odwrócił się do mnie tyłem. O nie, nie, kochany, tym razem ci nie popuszczę. Objąłem go w pasie i odwróciłem gwałtownie twarzą do siebie. Popatrzyłem w jego zszokowane oczy w których pojawiło się coś na kształt ciekawości pomieszanej ze strachem.
- Chcesz mieć dzieci teraz czy nie? – drążyłem dalej. Pytanie mogło być różnie interpretowane tak, jak to co powiedział Shiroyama – niekoniecznie musiało się odnosić do nas dwojga razem wziętych. Ale dzięki temu mogłem się dowiedzieć czegoś więcej o preferencjach skrytego perkusisty.
- Reita, o co ci chodzi? Puść mnie – mężczyzna szarpnął się próbując oswobodzić, ale mocno go trzymałem. Nie, nie dam ci się wywinąć. – Akira!
Wpatrywałem się w niego w skupieniu. Rumieńce już dawno były krwistoczerwone, a oddech Kaia stał się szybszy. Jednak to co interesowało mnie najbardziej to jego oczy. Mogłem w nich czytać niczym w otwartej książce. Pochyliłem się w jego kierunku.
- No, Yutaka – wymruczałem cicho do jego ucha muskając je swoim gorącym oddechem. – Powiedz mi, powiedz mi to, co tak bardzo chcę wiedzieć – mruczałem wprost do jego ucha, zadrżał w moich ramionach mocniej do mnie przylegając. Bingo! – Tanabe… proszę – dodałem zmysłowo i wysunąłem język by polizać płatek jego ucha. Ponownie zadrżał, tym razem mocniej, wczepił się w moje ramiona swoimi dłońmi i westchnął cichuteńko.
- Rei… ta – wyjąkał. – C-co t-ty? – odchylił głowę w bok uciekając przed moim językiem. Podążyłem za nim i wsunąłem sobie między wargi kawałeczek płatka jego ucha. Jego skóra miała słodki posmak. Zassałem lekko i z cichym mlaśnięciem wypuściłem z ust słysząc jego cichy jęk – ni to protestu ni to zachęty. Ale mnie jego sprzeciwy nie obchodziły, nie w tamtej chwili, a zachęty już nie potrzebowałem. O, nie, nie potrzebowałem, zdecydowanie nie.
- No, chodź do mnie – zamruczałem przesuwając się z nim pod ścianę. Przyparłem jego ciało do niej swoim własnym. Czułem jak drżał… Czułem jego oddech na swojej twarzy… Czułem, że jego ciało zaczyna odpowiadać na moją bliskość! Jasna cholera, tego się nie spodziewałem po pięciu, może ośmiu minutach tulenia go. No dobra, może to i dziesięć minut było, ale tak… szybko? I tak niewiele mu potrzeba…? Och, będę miał z niego uciechę w sypialni… i nie tylko. Na moich ustach pojawił się szatański uśmieszek unoszący zaledwie jeden kącik ust o kilka milimetrów.
- Reita… - szepnął Kai lękliwie spoglądając w moje błyszczące oczy. – Co… o co…
- Szszsz – położyłem palec na jego ustach jednak on dalej coś mamrotał więc zamieniłem palec na moje wargi. Ledwo poczułem jego dotyk pomyślałem, że oto jestem w pieprzonym niebie. Musnąłem je raz czując ich dokładną fakturę. Niestety lider zaczął się szarpać rozłączając nasze usta. Dyszał wprost w moje rozchylone usta i szamotał się pod ścianą próbując wywinąć.
- Popierdoliło cię?! – wrzasnął na mnie tak, jakby odzyskał pewność siebie i wcale nie zaczął na mnie reagować. Kurwa, a liczyłem… - Puść mnie, pedale! – poczułem się bardzo źle, gdy usłyszałem jego słowa. Pedale? To jedno słowo było niczym sztylet – wbijało się w moje serce raniąc mnie mocno. W moich oczach pojawiły się łzy frustracji, złości, żalu i rozpaczy. Puściłem go i opuściłem ramiona wzdłuż ciała. Patrzyłem na niego zrozpaczony starając się nie rozkleić przy nim. Chłopak jak tylko został uwolniony wierzchem dłoni wytarł swoje usta. Spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem zaciskając dłonie w pięści. Nawet zapomniał o swoim zranionym palcu.
- Nazwałeś mnie… pedałem – wyszeptałem łamiącym się głosem patrząc na niego i mając nadzieję, że jednak to tylko głupie przejęzyczenie. Może po prostu nerwy wzięły górę, przestraszył się tak jawnego ataku… może… może… Usilnie szukałem jakichkolwiek argumentów tłumaczących jego zachowanie. Niestety zanim zdążyłem coś wymyślić odrzuciło mnie do tyłu, a policzek zapiekł mnie żywym ogniem – pięść Kaia uderzyła mnie najmocniej jak mogła. Oparłem się plecami o szafkę i mocno przytrzymałem dłoń przy policzku. Z mojej wargi poleciała wąska stróżka krwi, którą czułem już w ustach.
- Wynoś się stąd, cioto jedna! – warknął Kai podchodząc do mnie i ponownie zamierzając się na mnie. Z cichym szlochem wybiegłem z kuchni, ubrałem kurtkę i wybiegłem z jego mieszkania. Jak on mógł tak się zachować?! No jak!? Biegłem co sił w nogach, krew plamiła moją koszulkę i czułem się tak, jakbym dostał żeliwną patelnią w głowę, a nie pięścią w policzek. Tylko czemu nie w nos? Pewnie by mi go złamał. Pół twarzy pulsowało niemiłosiernie, a moje serce płakało. Mój Kai, mój ukochany Kai potraktował mnie, jak jakieś dziwadło… wyrzutka społeczeństwa. Nawet nie wiedziałem kiedy dotarłem do mieszkania. Nie myśląc wiele, zrzuciłem kurtkę i z głośnym płaczem położyłem się na łóżku. Nie zważałem na krew, ból. Nie wziąłem lodu z zamrażarki, nie myślałem o tym, że plamię pościel wartą kupę kasy. Nie, to nie było ważne. Dla mnie najważniejszy był Tanabe, ale… od dzisiaj dla mnie nie istniał.
Ou, to było mocno, szczególnie końcówka. Jedna z moich ulubionych par, ktróa pojawia się tak bardzo rzadko i tu chyba z niej nic nie będzie ;<
OdpowiedzUsuńidę czytać dalej <3