sobota, 30 lipca 2011

Rozdział 1

1.

Ze złością otwarłam drzwi do mieszkania, które zajmowałam wraz z moim najlepszym przyjacielem. To było nie do pomyślenia! Po prawie dwóch latach ciężkiej harówy zwolnili mnie! Tak po prostu podziękowali mi za współpracę nawet nie zaszczycając mnie konkretnym powodem. Cholerni snobistyczni egoiści. Szczury niemyte. Och, nie, nie będę obrażała zwierząt. Nawet najobrzydliwszy stworek jest lepszy od tych… pożal się Boże padalców.
Rzuciłam torbę na szafkę stojącą w korytarzu i krzyknęłam głośno. Cholera, zwariuje.
- Sheila? – usłyszałam głos Uruhy dochodzący z salonu. A ten co tu robi? Zerknęłam na zegarek sprawdzając godzinę – dochodziła czternasta. O tej porze nigdy nie było nikogo w domu. Więc co tu robi Uru?
- Kouyou? – zawołałam zostawiając wierzchnie nakrycie w korytarzu. – Co ty tu robisz? – spytałam wchodząc do salonu. Mężczyzna siedział na kanapie trzymając w dłoni pilota. Na mój widok wyłączył odbiornik.
- Słuchaj – zaczął niepewnie przygryzając wargę. O, nie. Tylko nie to! Zawsze gdy Takashima tak robił wiedziałam, że stało się coś złego. Zacisnąwszy dłonie w pięści czekałam na to co ma do powiedzenia. Cholera, cholera, cholera! Wszystko musi dziać się akurat dzisiaj?!
- Mów, Kouyou, mów! – jako jedna z nielicznych osób zwracałam się do każdego z chłopaków po imieniu czy nazwisku i nie używałam ich przezwisk. Tak po prostu miałam odkąd ich poznałam i jakoś nie zmieniło się aż do teraz. Znałam ich od trzech lat, ale, nie zrozumcie mnie źle, nie chciałam się z nimi aż tak bardzo spoufalać. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale były takie sprawy w moim życiu o których nie chciałam nikomu mówić. To i tak już były zamknięte rozdziały w moim życiu i nie było sensu do nich wracać. Kochałam chłopaków jak rodzonych braci, cieszyłam się z tego, że oni także traktują mnie tak, jakby należała do nich i nigdy też nie naciskali, żeby inaczej ich traktowała. Czasami czułam się w ich towarzystwie nieswojo, ale było to bardzo rzadko. Ostatnio nie pamiętam nawet kiedy tak było.
- Mieliśmy hm… drobne spięcie na próbie – wyjaśnił Uruha. – No i… huh, Ruki wściekł się na Kaia i doszło do rękoczynów. – zerknął na mnie spod swoich niesamowicie długich rzęs. – Aoi chciał ich rozdzielić, ale Ruki nie patrząc co robi uderzył go w głowę mikro… Sheila? – popatrzył na mnie, czułam jego wzrok na plecach. W pośpiechu zakładałam płaszczyk i buty.
- Gdzie on jest? – spytałam spiętym głosem. Nie chciałam okazywać słabości, nie w obecności Uru. W niczyjej obecności nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie chciałam by ktokolwiek z nich widział moje łzy.
- Zawiozę cię – Uruha otworzył przede mną drzwi i oboje popędziliśmy korytarzem w stronę wind. Mimo, że byłam niższa od niego i miałam na nogach niebotycznie wysokie szpilki dorównywałam mu kroku tak, że nie musiał przeze mnie zwalniać. Zawsze dostosowywałam się do potrzeb innych nie zważając na swoje własne. Podczas jazdy do szpitala całą drogę nie odezwałam się słowem siedząc w fotelu sztywno, jakbym kij połknęła. Oddychałam cicho i wpatrywałam się uparcie w przednią szybę auta. Dłonie mocno splotłam ze sobą by kierowca nie zauważył ich drżenia. Serce waliło mi jak młotem, a jedyne o czym mogłam teraz myśleć był Yuu. Cholera, zatłukę Rukiego!
Do szpitala dojechaliśmy w ekspresowym tempie łamiąc wszystkie możliwe przepisy drogowe. Nie czekając aż gitarzysta wyłączy silnik, wyskoczyłam z jego Jaguara i pobiegłam w stronę izby przyjęć, gdzie znajdowała się reszta zespołu. Wpadłam tam z chęcią zamordowania Rukiego, ale gdy zobaczyłam jego drobną postać siedzącą na krześle z twarzą ukrytą w dłoniach, zrobiło mi się go żal. Obok niego stał Reita z dłońmi wsuniętymi w kieszenie spodni, a Kai palił papierosa spoglądając nieprzychylnie na pielęgniarkę stojącą za recepcją.
- Sheila! – zawołał na mój widok Reita i podszedł do mnie chwytając moje dłonie w swoje. Wyrwałam mu się. Nie lubiłam gdy ktoś mnie dotykał i może to wyglądało trochę niezręcznie nawet w takiej chwili nie chciałam być dotykaną przez któregokolwiek z nich.
- Co z Yuu? – popatrzyłam Reicie w oczy szukając w nich czegokolwiek co mogłoby mi powiedzieć w jakim jest stanie. – No?!
Westchnął głęboko.
- Właśnie robią mu tomografię komputerową głowy – odparł Akira robiąc krok w tył. Spoglądał na mnie tak, jakby… z wyrzutem? Nie miałam ochoty zawracać sobie teraz tym głowy, ale, cholera, dobrze wiedział, tak, jak reszta, że nie lubię gdy przekracza się granicę, które ustanowiłam. Nigdy nie mieli z tym problemu, a teraz Suzuki odpierdziela cyrk. Minęłam go i usiadłam obok Matsumoto. Nawet nie drgnął.
Czekałam jak na szpilkach na lekarza, pielęgniarkę czy kogokolwiek kto mógłby powiedzieć, jak się czuje Shiroyama. Uruha w tym czasie zdążył przyjść do izby i usiąść po drugiej stronie Rukiego. Poklepał go po ramieniu i wyszeptał coś do ucha wokalisty, który jedynie wzruszył ramionami w dalszym ciągu nie zmieniając swojej pozycji.
W końcu pojawiła się starsza kobieta ubrana w kitel. Wszyscy chłopcy zerwali się z miejsc, więc ja również za nimi poszłam. Stanęłam tak by żaden z nich nawet nie otarł się o mnie i słuchałam uważnie.
- Nic mu nie będzie. Jest trochę ogłupiały, ale tomografia nie wykazała niczego niepokojącego. Założyliśmy mu trzy szwy, które zdejmiemy za dwa tygodnie. Dobrze by było gdyby ktoś z nim teraz pomieszkał…
- Ona z nim mieszka – Reita wskazał na mnie ruchem głowy. Kobieta zerknęła na mnie.
- Musi go pani pilnować. Może mieć zawroty głowy, wymiotować czy słaniać się na nogach. Jest w szoku. – odwróciła się do Rukiego. – A pan na przyszłość niech używa mikrofonu do śpiewania, a nie nokautowania przyjaciół – uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami. Ruki jęknął i ze łzami w oczach spojrzał na mnie. chyba obawiał się mojej reakcji, ale gdy tak patrzyłam na jego zgarbioną postać, nie potrafiłam się na niego gniewać. Uśmiechnęłam się lekko mówiąc:
- Nie martw się, zajmę się nim.
Dwie godziny później Uruha odwoził mnie i Yuu do naszego mieszkania. Mężczyzna oparł się o mnie i przysypiał. Nie chciałam go odpychać, ale dziwnie się czułam, gdy po trzech latach ponownie poczułam ciepło jego ciała. Było mi tak dobrze. Musiałam to przyznać sama przed sobą. Od chwili gdy uratował mnie przed moim własnym ojcem, więcej mnie nie dotknął. Nawet nie wiedział, że mężczyzna, który miał zamiar mnie… posiąść był moim ojcem. Nie mogłam mu tego powiedzieć, za bardzo się wstydziłam. Miałam wtedy zaledwie siedemnaście lat, byłam przerażona tym co się działo i odurzona jakimiś środkami psychotropowymi. Miałam poranione, posiniaczone i brudne ciało, ale Yuu po tym, jak znokautował mojego ojca, wziął mnie w objęcia i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Zabrał mnie do siebie do domu, zapewnił jedzenie, dach nad głową i ciepło rodzinnego domu. sprowadził zaufanego lekarza i tylko dzięki temu uniknęłam wielu nieprzyjemnych komplikacji zdrowotnych. Jego przyjaciele z zespołu byli dla mnie od początku bardzo mili i traktowali mnie jak rodzinę. Poczułam się kochana choć były momenty w których się ścieraliśmy. W tych nielicznych momentach gdy któryś mnie dotknął wpadałam w panikę i albo uciekałam do swojej sypialni, albo wybiegałam z mieszkania. Shiroyama kilkakrotnie próbował namówić mnie na wizytę u terapeuty, ale na samą myśl o obcym człowieku przed którym musiałabym się obnażyć psychicznie czułam mdłości. Yuu to rozumiał, bo więcej nie naciskał. Zawsze powtarzał, że mogę na niego liczyć i że nie pozwoli mnie więcej skrzywdzić. Wierzyłam mu. Od początku do końca.
Uru pomógł mi doprowadzić Yuu do mieszkania, a później do sypialni chłopaka. Położyliśmy go na łóżku. Jęknął i machnął ręką uderzając w policzek Uruhę.
- Cholera, co za wdzięczność – burknął pod nosem. Zachichotałam. – Śmiej się, śmiej. Zobaczymy jak ci będzie wesoło, gdy ty oberwiesz – dodał uśmiechając się szeroko.
- No, wiesz? – prychnęłam. – Yuu by mnie nigdy nie ude… - nie dokończyłam, bo jego dłoń wylądowała na moich żebrach. – Kurde – pisnęłam gdy wwiercał się w moje kości. – Zabiję go – odsunęłam się i westchnęłam rozcierając sobie bolące miejsce. – Wiesz, Kouyou, może chciałbyś u nas zostać… na trochę? – uśmiechnęłam się słodko. Uruha pokręcił głową ze śmiechem.
- Nie ma mowy, Sheila – odparł rozbawiony. – Na razie – i zniknął z prędkością światła. Parę sekund później rozległ się dźwięk zamykanych drzwi. Taaa, nie ma to jak wsparcie przyjaciela. Westchnęłam spoglądając na Yuu. Wpatrywałam się w jego anielską twarz. Makijaż miał prawie w nienaruszonym stanie, a wszystkie jego kolczyki inne metale miałam w torebce. Nie mógł taki obwieszony wjechać do tomografu.
Wyglądał teraz równie przystojnie, jak zawsze. Uwielbiałam patrzeć na niego rano, jak pięściami przecierał zaspane oczy i jak rozkosznie wzdychał, gdy stawiałam przed nim gorącą, parującą kawę. Uśmiechał się wtedy do mnie tak rozkosznie… Boże, o czym ja znowu myślę? Tak, byłam beznadziejnie zakochana w Yuu. I nic nie mogłam z tym zrobić. Jedynie mogłam sobie pozwolić na marzenia, bo niby dlaczego ktoś taki, jak on miałby się zainteresować takim śmieciem, jak ja? Byłam wyrzutkiem społeczeństwa, naznaczoną szmatą. Łzy zakręciły się w moich oczach i w tym samym momencie Shiroyama otworzył oczy patrząc wprost w moje. Zmarszczył brwi i jęknął cicho, gdy szwy na jego skroni się naciągnęły.
- Ostrożnie – szepnęłam kucając przy jego wielkim łożu. Zawsze zastanawiał mnie fakt po co mu takie duże łóżko? Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mógłby w nim z jakąś kobietą… Pokręciłam głową. To nie moja sprawa.
- Co… cholera, głowa mi pęka, Shelly – wymamrotał używając zdrobnienia, które przylgnęło do mnie od pierwszej chwili, gdy poznał moje imię. Jednak mówił tak do mnie tylko wtedy, gdy byliśmy sami. Byłam mu za to wdzięczna choć nigdy nie prosiłam go o to, by tak robił. Był kochany aż do bólu. Zawsze o mnie myślał.
- Przyniosę ci coś przeciwbólowego – powiedziałam cicho. Nie zdążyłam się podnieść, bo poczułam dłoń Yuu na swoim nadgarstku. Trochę źle się poczułam, ale towarzyszyło też temu uczucie dziwnego zniewolenia. Pragnęłam jego dotyku, ale tak bardzo bałam się do dotknąć, bo nawet gdybym była w stanie to zrobić, to reszta chłopaków czułaby się pokrzywdzona. Tak, jak dzisiaj Reita…
- W samochodzie nie odsunęłaś się ode mnie – zamruczał Shiroyama przyciągając mnie bliżej. Jego dotyk był delikatny, ale działał na mnie tak bardzo, jak gdyby mocno ściskał moje ciało. – Dziękuję – dodał przymykając oczy i wypuszczając mój nadgarstek. Odruchowo pogładziłam jego policzek opuszkami palców zanim zdążyłam się nad tym zastanowić. Yuu otworzył oczy i uśmiechnął się delikatnie kładąc swoją dłoń na mojej i przytrzymując ją na swoim policzku wyszeptał:
- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy, Shelly – po czym zasnął. Przez chwilę wpatrywałam się w jego spokojne oblicze, wyswobodziłam dłoń i wyszłam z sypialni zostawiając otwarte drzwi. Tak dla bezpieczeństwa.
Nie miałam najmniejszego zamiaru zmrużyć oka. I tak nie musiałam rano wstać, bo nie miałam po co, a Yuu trzeba było się opiekować. Zaparzyłam sobie herbatę, zabrałam kubek i z lodówki butelkę wody mineralnej dla Yuu i wróciłam do jego sypialni. Butelkę i kubek zostawiłam na stoliku nocnym tuż obok tabletek przeciwbólowych, które wcześniej zostawiłam, okryłam mężczyznę kocem leżącym w nogach łoża i zajęłam miejsce w fotelu po drugiej stronie pokoju.
To będzie długa noc, pomyślałam podkulając nogi i upijając łyk herbaty.

1 komentarz:

  1. rozglądam się i nie widzę komentarzy O_O no okej kiedyś musi być ten pierwszy xD
    Pierwszy rozdział i już trzymasz czytelnika w napięciu, aż chce sie czytać szybciej i iść dalej^^

    OdpowiedzUsuń