środa, 4 września 2013

Powrót i nowe początki?

Uch... nie było mnie tu przez osiem miesięcy. Powinnam się wytłumaczyć, ale... ale nie będę tego robić. 
Mam dla was coś co powstaje w mojej głowie i jest stworzone tylko i wyłącznie przeze mnie czyli opowiadanie. Wspomniałam o nim w kwietniu zeszłego roku, niedługo potem miałam je zacząć pisać... i to niedługo następuje teraz, po ponad roku, we wrześniu 2013. Póki co wstawiam tutaj prolog, ale całe opowiadanie będzie publikowane na osobnym blogu, który aktualnie jest w budowie. Jak tylko uznam, że jest gotowy to podam tutaj link. Na razie jednak tego nie zrobię, bo jeszcze trochę pracy mnie czeka, a nawet konkretnej wizji bloga w głowie nie posiadam. Za to mam cały plan na opowiadanie. W kiepskim momencie zaczynam pisanie, już niedługo rozpocznie się rok akademicki, a ja się biorę za pisanie opowiadania, ale... czuję wewnętrzną potrzebę spisania swoich myśli, żeby nie skupiać uwagi tylko i wyłącznie na problemach życia codziennego.
Coś niecoś o opowiadaniu... za dużo nie powiem, wszystko będzie na właściwym blogu, ale teraz jedynie powiem, że opowiadanie jest w realiach polskich (tak, wiem, takie opowiadania już są w sieci, nie jestem oryginalna). W końcu fajnie się czyta coś co "dzieje się" na wyciągnięcie ręki. No, ale ja tu pitu pitu, a czas na prolog! 
Rozpisywać się będę na blogu z opowiadaniem, a teraz serdecznie zapraszam na prolog do opowiadania pod tytułem "Droga bez powrotu" i nie, fabuła nie ma nic wspólnego z filmami pod tym samym tytułem, jednakże w jakimś stopniu te produkcje mnie "natchnęły". Przynajmniej tytuł nie jest jakiś z dupy i pasuje do całości. Choć raz! ;)
Błędy zapewne są, ale prolog zapewne jeszcze nie raz będzie sprawdzany i/lub modyfikowany, więc proszę o wybaczenie. Miłego czytania!
Oczywiście pisania ficków nie porzucę, na pewno coś niedługo napiszę... 
Mam tylko nadzieję, że ktoś to przeczyta :x

Prolog
Deszcz lał się z nieba strumieniami, bębniąc w karoserię i szyby samochodu jadącego przez ciemny las. Droga była ledwo widoczna przez strugi wody, a kierowca nic sobie z tego nie robiąc jechał zdecydowanie za szybko. Radio grało głośno zagłuszające odgłosy szalejącej burzy wokół, błyskawice przecinały niebo rozświetlając drogę. Samochód podskakiwał na nierównościach jezdni rzucając światło reflektorów raz dalej, raz bliżej. Chłopak zmrużył oczy zwalniając na zakręcie po czym znowuż przyśpieszył, silnik zawył groźnie, a strzałka na prędkościomierzu przesuwała się w szybkim tempie w górę wskazując kolejne cyfry. W oddali piorun uderzył w drzewo, przerażający huk rozniósł się echem po lesie, ale młody mężczyzna tego nie usłyszał. Wpatrywał się intensywnie w drogę w głowie mając tylko jedną myśl: zdradził mnie. Nie mógł tego zrozumieć, jak on mógł to zrobić tak po prostu bez wyrzutów sumienia. Może nie miał serca? Może nigdy go nie kochał skoro bezlitośnie zawiódł? Nie wierzył, że to jest jakieś nieporozumienie, plotka. Doskonale znał swojego chłopaka, wiedział o jego przewinieniach w przeszłości, ale jednak… jednak dał im szansę. I wszystko było w porządku przez pięć lat.
Pięć cholernie długich lat.
Pięć lat wzlotów i upadków.
Pięć lat uśmiechów i złości.
Pięć lat wspólnego życia.
Pięć lat dotyku.
Pięć lat pocałunków.
Pięć lat miłości...
A on zaprzepaścił to wszystko pieprząc się na boku z jakimś chłopaczkiem. I nawet nie miał odwagi się przyznać! Zapewne Maks nigdy by się nie dowiedział o zdradzie swojego ukochanego gdyby nie młodsza siostra zdrajcy, która nie pochwalała zachowania swojego brata i bez wahania go wydała. Brunet w pierwszej chwili nie wiedział czy ona żartuje czy mówi prawdę, ale znał swojego chłopaka – byłego już – wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć… wiedzieć, że on naprawdę to zrobił.
Kolejne błyskawice jedna za drugą przecięły wręcz czarne niebo.
Zacisnął wargi czując ogarniającą go wściekłość, czuł, że jeśli zaraz nie dojedzie na miejsce to wybuchnie od nadmiaru negatywnych emocji kłębiących się w jego ciele. Nie pragnął niczego innego, jak dorwać tego zdradliwego gnojka i tak go poturbować, że do końca życia tego nie zapomni.
Warcząc pod nosem zahamował widząc przed sobą samochód, jadący z odpowiednią prędkością przy tak tragicznej pogodzie. Stan asfaltu też zostawiał wiele do życzenia. Jechał w końcu bocznymi drogami, bo przejechać do Poznania przez odcinek między Obornikami, a granicami miasta w chociażby zgodnie z przepisami, jest po prostu niemożliwe. No chyba, że w ślimaczym tempie, a Maks nie miał siły ani ochoty czekać. Musiał dotrzeć do Poznaniu już, teraz, natychmiast. Wracał aż ze Szczecina, a przed wyjazdem miał dziwne przeczucia, że stanie się coś złego, ale nigdy nie spodziewałby się tak niespodziewanego ciosu. Przecież tak dobrze im się układało, a teraz wszystko legło w gruzach przez to, że Damian nie potrafił utrzymać swojego penisa w spodniach.
Chłopak wcisnął klakson ze złością klnąc pod nosem kiedy kierowca przed nim nie przyspieszył ani trochę. Zaciskając dłonie na kierownicy zmienił gwałtownie pas jazdy na przeciwny i przyspieszył wyprzedzając wolno jadące seicento. Przerażony kierowca małego samochodu aż zwolnił niedowierzając temu co właśnie było dane mu zobaczyć i westchnął ciężko nie potrafiąc zrozumieć lekkomyślności ludzi.
Chłopak odgarnął swoje brązowe włosy z czoła zerkając na zegar umieszczony w tablicy rozdzielczej; dochodziła dwudziesta trzecia. Jechał już od kilku godzin i mimo, że od momentu wyjazdu był tak samo wściekły jak w tej chwili to zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać tym bardziej, że był od piątej rano na nogach i załatwiał sprawy rodzinne. Początkowo Damian miał jechać z nim by mu pomóc, ale później nagle coś mu wyskoczyło i Maksymilian doskonale wiedział, że to nie było nagle a zaplanowane. Ten skurwiel planował to odkąd dowiedział się o wyjeździe Maksa z miasta. No pewnie, droga wolna skoro jego chłopak miał być kilkaset kilometrów dalej i teoretycznie o niczym miał się nie dowiedzieć, a jednak… jednak dowiedział i mimo, że pękło mu serce i miał ochotę zaszyć się w jakimś ciemnym, ponurym miejscu w samotności to musiał wygarnąć skurczybykowi wszystko co mu leżało na wątrobie.
Zawsze był twardy, tego nauczyło go życie, dopiero kiedy poznał Damiana jego serce zmiękło na tyle by wpuścić go do środka. Damian rozgrzał jego uczucia, pokazując zupełnie inny świat dzięki któremu Maks czuł się jakby stąpał po chmurach, a teraz… teraz spadł i upadek był bardzo bolesny. Wręcz rozrywający jego ciało na kawałeczki. Serce pękło i Maksymilian wiedział, że już nigdy, ale to nigdy nie pozwoli by ktoś zbliżył się do niego tak blisko by mógł go zranić. Koniec z tym. Seks seksem. Ale żadnych uczuć. Żadnych!
Deszcz lał coraz mocniej utrudniając widoczność, a samochód nie zwalniał gnając cały czas za szybko. Brunet zmrużył swoje ciemne oczy. Nienawiść przepełniała jego serce napędzając umysł w negatywnych myślach. Oczami wyobraźni widział niewdzięcznego zdrajcę, któremu narobi troszkę siniaków i zadraśnięć, wybije parę zębów, przestawi parę kosteczek…
Nagle przednie koło samochodu wpadło w wyrwę w jezdni, pojazdem zarzuciło, wszystko działo się tak szybko, że brunet nie zdążył zareagować.
Zatrząsało nim gdy samochód dachował, usłyszał dźwięk gniecionej blachy w momencie uderzenia w drzewa, a później zapadła ciemność. Echem po lesie przebijając się przez odgłosy burzy rozszedł się głos prezentera radiowego proszącego o rozważność na drodze…

niedziela, 2 grudnia 2012

Untitled: (? & ?) cz. 3

Znowuż mnie troszkę czasu nie było ^^" Ale cóż... życie -.-
Nie przedłużając - pomarudzę pod rozdziałem - przedstawiam kolejną część Untitled! ;)



3.
Pół godziny później Toshiya witał się z doktorem, który zaalarmowany jego telefonem przyjechał prosto ze szpitala w którym pracował.
- On się jeszcze nie ocknął – mówił przejęty patrząc na nieruchomą postać na łóżku. – Nawet nie drgnął – dodał ciszej denerwując się coraz bardziej. Martwił się. Po prostu martwił się o tego szczeniaka bardziej niż powinien.
- Spokojnie, Toshimasa, zaraz zobaczymy co się dzieje – odpowiedział spokojnie lekarz przeszukując swoją wielką torbę lekarską. – Lepiej będzie jeśli wyjdziesz – dodał znacząco przyszykowując strzykawkę. Podwinął rękaw bluzy, odkaził miejsce, a po chwili wbił igłę wstrzykując jakiś przezroczysty płyn do żyły.
- A… co mu podałeś? – spytał nie ruszając się z miejsca. Lekarz westchnął.
- Środek uspokajający. Mówiłeś, że jest nerwowy i nieufny. Jeśli by się ocknął w trakcie badania…
- A jeżeli się nie ocknie? – wymamrotał basista wpatrując się z uwagą w bladą twarz blondyna. Naprawdę się o niego bał. Nie chciał by teraz kiedy mógł mu w jakiś sposób pomóc, coś mu się stało.
- Ocknie się. Po tym co mówiłeś przez telefon to najzwyczajniej w świecie jest wycieńczony. A teraz wyjdź. On na pewno by cię tu nie chciał – lekarz rozpiął bluzę młodego i zerknął przez ramię na Toshiego. – Ufasz mi, prawda? – odpowiedziało mu skinienie głowy. – Wyjdź, proszę.
Toshiya niechętnie opuścił sypialnię, ale przez czas trwania badania nerwowo krążył po korytarzu w pobliżu pokoju i nasłuchiwał czy przypadkiem młody się nie obudził. Denerwował się, gdy badanie przedłużało się coraz bardziej. W końcu po prawie czterdziestu minutach nie wytrzymał i już miał wejść spytać co tak długo gdy lekarz otworzył drzwi. W jego oczach był smutek. Toshiya się przeraził. Czyżby chłopak…?
- No… i? – wyszeptał, a Isao – lekarz, pokręcił głową z niedowierzaniem zerkając na chłopca leżącego na łóżku.
- Nic mu nie będzie pod warunkiem, że nie trafi tam… skąd go wziąłeś – popatrzył z namysłem na basistę jakby zastanawiając się ile może powiedzieć. – Chłopak jest niedożywiony, troszeczkę odwodniony. Pobrałem krew do badania, żeby wiedzieć więcej…
- Wiesz, że nie o to pytam – syknął Toshi patrząc z wyczekiwaniem na mężczyznę. – Mów, co mu się stało.
- Ja… nie mogę. Spytaj chłopaka – powiedział zapinając kurtkę. – Spróbuj go przekonać, żeby przyszedł do szpitala. Chciałbym go poobserwować. Na szafce nocnej zostawiłem ci lekarstwa i recepty oraz listę co i jak podawać. Teraz jest troszeczkę ogłupiały po lekach uspokajających, ale za jakiś czas dojdzie do siebie – zawahał się patrząc na Toshimasę. – Jakkolwiek się tu znalazł… miał cholerne szczęście, że na ciebie trafił – dodał i uśmiechnął się widząc minę chłopaka. – Reszta wie?
- Nie. I chciałbym, żeby tak zostało… na razie – odpowiedział Toshimasa przecierając szczękę dłońmi. – Dzięki.
- Nie ma sprawy. Gdyby pojawiły się jakieś niepokojące objawy, dzwoń. O każdej porze dnia i nocy. – pożegnał się i po chwili Toshiya niepewnym krokiem zmierzał do sypialni gościnnej. Zapukał wchodząc do środka. Blondyn spojrzał na niego zaszklonymi oczami i mocniej zacisnął dłonie na pościeli. Mężczyzna przysiadł na brzegu łóżka i uśmiechnął się delikatnie przyglądając chłopcu.
- Powiesz mi… co ci się przytrafiło? – zapytał gładząc dłonią machinalnie pościel. Patrzył na chłopca, który uciekał wzrokiem na boki wciskając się w poduszki, jakby chciał uciec od Toshiyi. Denerwował się. Było to widać na pierwszy rzut oka, ale Toshi musiał wiedzieć co jest z tym dzieciakiem. Chciał mu pomóc.
- Ja… przepraszam za kłopot – wymamrotał i spojrzał zamglonym wzrokiem na basistę. – Nie chciałem…
- Czekaj, czekaj – Toshi uniósł dłonie. – Po pierwsze nie przepraszaj. Nie masz za co. Po drugie nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Chciałbym ci pomóc. Zaufaj mi. – Hara patrzył na młodego, który spuścił głowę, a po jego policzkach spłynęły pojedyncze łzy. Nie mówił nic, nie ponaglał go. Po prostu czekał na jakąkolwiek odpowiedź. Mężczyźnie wydawało się, że minęły wieki nim usłyszał zachrypnięty głos młodego.
- Ale nie odeślesz mnie… tam? – wychrypiał spoglądając z rozpaczą i strachem na Toshiego. – Błagam… ja nie chcę tam wrócić… - jego ciałem wstrząsnął szloch, a basista nie wiedział o co chodzi. Nie miał pojęcia gdzie by miał wysłać chłopaka. Domyślał się jedynie, że to właśnie w „tym miejscu” stała mu się krzywda.
- Oczywiście, że cię nie odeślę. Nie po to cię zabrałem z ulicy – odparł cicho zgodnie z prawdą, a młody natychmiast zapytał:
- A po co? – widać było po nim, że zaraz pożałował tego pytania. Skulił ramiona jakby bojąc się, że zaraz zostanie uderzony.
- Prawie cię potrąciłem i… nie mogłem tak po prostu zostawić w tym deszczu w środku nocy na ulicy. Ja… nie do końca potrafię to wytłumaczyć – rozłożył bezradnie ręce, a po chwili uśmiechnął się do chłopaka. – To… powiesz mi?
- Nie – wyszeptał patrząc błagalnie na Toshiego. – Boję się – dodał prawie bezgłośnie, a jego dolna warga zadrżała. Toshimasa poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku i niepewnie przysunął się do chłopaka, który patrzył na niego z rosnącym przerażeniem. Oparł się o ramę łóżka i delikatnie objął chłopca, który spiął się, a po chwili wtulił w Toshiyę, jakby łaknąc bliskości drugiego człowieka. Mimo, że jego dłonie w dalszym ciągu zaciskały się nerwowo na kołdrze, twarz wtulił w tors mężczyzny i mocno się do niego przyciskał aż wreszcie odwrócił się bokiem do Toshiego i mocno go objął płacząc cicho. Basista przytulił go mocniej do siebie, a nie widząc sprzeciwu ze strony chłopca oparł brodę o czubek jego głowy i gładził delikatnie jego ramię. Blondyn nie przestawał łkać, a Toshiyi serce kroiło się na ten widok.
- Dobrze już… wszystko w porządku – wymamrotał czując jak chłopiec drży. – No, już. Cicho, cicho… - szeptał słowa uspokojenia i lekko kołysał młodego. Po niedługim czasie usnął ze zmęczenia wtulony w basistę. Toshi uśmiechnął się pod nosem i przesunął opuszkami palców po zapadniętym policzku chłopaka odgarniając mu włosy za ucho. Ułożył go na poduszkach, okrył kołdrą i stanął przy łóżku wpatrując się w niego po czym zabrał lekarstwa, recepty i listę, ostatni raz zerknął na młodego i wyszedł z sypialni zostawiając otwarte drzwi. I wtedy zdał sobie sprawę, że nawet nie wie, jak dzieciak ma na imię.   
Palił już piątego papierosa wpatrując się tępo w okno po którym spływały krople deszczu. Znowu padało, a raczej było urwanie chmury. Cały czas zastanawiał się, co jest z tym młodym. Kto doprowadził go do takiego stanu? Nie miał pojęcia, ale postanowił, że dowie się tego. Czy to od chłopaka czy z innych źródeł.
Zaciągnął się ostatni raz i zdusił peta w popielniczce. Młody spał od czterech godzin i ani razu się nie przebudził – Toshi kilkukrotnie zaglądał do sypialni sprawdzając czy nic mu się nie stało. blondyn wyglądał tak bezbronnie i basista czuł się bardzo dziwnie przyglądając się chłopakowi. Denerwowało go, że tak bardzo się przejmuje tym dzieciakiem, ale nic na to nie mógł poradzić.
Zamówił do domu jedzenie – sam nie potrafił zbyt wiele przyrządzić i nie chciał otruć chłopaka. Z parującym posiłkiem podążył do sypialni i od razu napotkał zaciekawiony wzrok blondyna, który skupił wzrok na talerzu znajdującym się na tacy. Przełknął ślinę.
- Na pewno jesteś głodny – Toshiya zbliżył się do łóżka i ułożył na szafce nocnej jedzenie. – Ale najpierw połknij to – podał chłopakowi szklankę soku i dwie tabletki. Blondyn patrzył nie ufnie na kapsułki ważąc je przez chwilę w dłoni, a Toshiya uśmiechał się zachęcająco. W końcu młody włożył do ust lekarstwo i popił sokiem. Odstawiając szklankę na stolik spojrzał na Toshiego i szybko spuścił wzrok widząc, jak basista mu się przygląda.
- Jedz – nakazał i usiadł na łóżku przyglądając się jak chłopak pochłania ogromną porcję zupy. Policzki mu się zarumieniły, a oczy nabrały blasku, gdy odstawiał pusty talerz na szafkę.
- Dziękuję – wymamrotał ocierając wierzchem dłoni wilgotne wargi. Toshiya przełknął ślinę, uśmiechając się nerwowo.
- Proszę. A teraz mi powiedz, jak masz na imię – po czym zanim chłopiec odpowiedział, dodał: - Do mnie możesz mówić Toshiya.
Chłopiec przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią i Toshi był prawie pewien, że zastanawia się czy podać swoje prawdziwe imię czy też jakieś wymyślone. Po chwili, która basiście wydawała się wiecznością szepnął:
- Ruiza.
Ruiza. Toshiya kilkakrotnie powtórzył imię chłopaka w myślach wręcz delektując się jego pobrzmieniem.
- Ładnie - skomentował głupio nie wiedząc o czym może porozmawiać z młodym, nie chcąc na razie wracać do tematu pobicia. – A… ile masz lat?
- Czemu pytasz? – spytał niepewnie chłopak spoglądając na Toshiyę ze strachem. Totchi westchnął cicho z rezygnacją.
- Z ciekawości – odparł zgodnie z prawdą. – Jeśli ty mi powiesz, to ja też ci powiem – dodał i dostrzegł jak chłopiec minimalnie zaczął się odprężać. Pogratulował sobie w myślach.
- Wyglądasz na jakieś czterdzieści pięć – odpowiedział pomijając pytanie Toshiyi, który zakrztusił się z wrażenia i oburzenia. Popatrzył na chłopaka z udawaną złością.
- Czterdzieści pięć? – wymamrotał ponurym głosem. – Naprawdę aż tak staro wyglądam? – Toshi uśmiechnął się krzywo widząc, jak młody mu się przygląda. W jego oczach nie było już tego przerażenia, a wyłącznie zaciekawienie. Uśmiechał się delikatnie i wyglądał wtedy jeszcze piękniej niż zwykle mimo sińców. Piękniej?, pomyślał Toto i skrzywił się nieznacznie.
- Czterdzieści? – mruknął Ruiza wciąż przyglądając się basiście. Powiercił się chwilę w miejscu, krzywiąc i sycząc po czym widząc pytające spojrzenie mężczyzny, wzruszył ramionami.
- Mam dopiero trzydzieści cztery – wymamrotał pocierając skronie. Nagle poczuł się strasznie… staro. I już nawet nie chodziło o to, że ten dzieciak jest pewnie o co najmniej piętnaście lat młodszy od niego. Raczej o to, że… że zdał sobie sprawę, że jest całkiem sam. Owszem, miał chłopaków z zespołu, którzy byli dla niego jak bracia, ale to nie to samo co ukochana osoba. I pomyśleć, że jakoś wcześniej aż tak bardzo się nad tym nie zastanawiał dopóki los nie postawił na jego drodze tego dzieciaka.
- To jesteś już jedną nogą w grobie – powiedział poważnie młody, ale zdradzały go wesołe ogniki tańczące w zmęczonych oczach. Toshi wpatrywał się przez chwilę w jego bursztynowe tęczówki, zachwycony ich barwą.
- Dowcipne – burknął naprawdę już urażony. – No, to teraz ty, przyznaj się jaki już dorosły jesteś – zachichotał widząc naburmuszoną minę chłopaka, kiedy usłyszał słowo „dorosły”.
- Sugerujesz coś? – zapytał przechylając głowę na bok, a Toshiemu serce szybciej zabiło na ten widok. Ruiza był naprawdę śliczny. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem – odpowiedział i uśmiechnął się ukazując swoje urocze uzębienie. Rui również się uśmiechnął.
- A ile byś mi dał? – wymamrotał zadziornie pochylając się troszeczkę do przodu i skrzywił się przy tym nieznacznie.
Toshiya przez chwilę był zbyt zaskoczony zachowaniem chłopaka by odpowiedzieć. Nagle jakby przestał się bać jego i tego co może mu się przytrafić. Jakby zapomniał o tym, co już mu się przydarzyło. To na pewno przez leki, przeszło mu przez myśl.
- Piętnaście? – parsknął śmiechem widząc minę Ruizy, chłopakowi ewidentnie nie spodobała się ta odpowiedź. – Szesnaście? – blondyn w dalszym ciągu był naburmuszony. – Dobra, niech ci będzie, osiemnaście.
Ruiza prychnął niczym rozdrażniony kociak.
- Mam dwadzieścia cztery – burknął i spuścił wzrok pod wpływem spojrzenia Toshiego, który był… w szoku. Poczuł się głupio, że tak bardzo odmładzał dorosłego właściwie mężczyznę. Nie chłopca jak do tej pory sądził. Skupił spojrzenie ciemnych oczu na twarzy chłopaka. Był wychudzony, posiniaczony i może właśnie dlatego Toshiemu wydawało się, że to jeszcze dzieciak? Teraz zaczął się obawiać swoich reakcji, zwłaszcza, jeśli Ruiza będzie w stosunku do niego taki jaki jest w tej chwili.
- Nie wyglądasz – mruknął cicho obserwując Ruizę, który wzruszywszy ramionami przytulił się do poduszki. Cała jego radość z przed paru minut zniknęła, a w jego oczach na nowo pojawił się smutek. Toshiya zastanawiał się czy to przez niego czy po prostu…
- Powiedz mi tylko… skąd się wzięła ta krew w korytarzu? – spytał wstając i zbierając się do wyjścia. Chłopak podniósł na niego zmęczony wzrok, odsunął kołdrę, podwinął nogawkę spodni i oczom Toshiego ukazał się bandaż na stopie, która swoją drogą była jedną z seksowniejszych stóp, jakie Toshi widział w życiu. Skinął głową i bez słowa wyszedł, klnąc na siebie w duchu. Co się z nim, do cholery, dzieje?!

CDN.
__________________________________
No tak, wiem, wiem, krótko. Ale tak mam podzielone rozdziały, czasu mi brakuje na połączenie ich w większą część, ale chyba najważniejsze jest to, że w końcu coś się pojawiło, prawda? ^^
Odpowiadać na komentarze już nie będę, bo nie mam siły, czasu i marzę tylko o tym by iść spać ;)
Jestem bardzo ciekawa czy jesteście zawiedzeni, że tajemniczym chłopakiem okazał się Ruiza (z zespołu D, jakby ktoś nie ogarniał xD) czy może wręcz przeciwnie? Zbliżają się Mikołajki, więc zróbcie Meg prezent i licznie skomentujcie :D A Meg się odwdzięczy kolejną częścią lub jakimś one shotem... o ile ktokolwiek skomentuje.
Aaa i zostałam otagowana w czymś o nazwie 'Liebster award'. Natknęłam się na to na parunastu blogach i nie sądziłam, że na mnie też trafi O_O ale dziękuję za otagowanie i zajmę się tym jak się wyśpię... czyli prawdopodobnie nie wcześniej jak za tydzień ^^" choć może uda mi się wcześniej ;) No i jeszcze czeka mnie zmiana bannerów do ficków na którch jest stara nazwa bloga, ale to mniej ważne xD

niedziela, 4 listopada 2012

Ot tak po prostu: Soohyun x Kevin (U-KISS & U-KISS)

Ot tak po prostu wstawiam ficka, który napisałam jakieś dwa albo trzy tygodnie temu. Potrzymam was w niepewności jeszcze kim jest tajemniczy chłopak z Untitled ;)


- Co robisz? – spytałeś wchodząc do mojego pokoju, przestraszony zamknąłem klapę laptopa odwracając się do ciebie przodem.
- Nic! – odpowiedziałem szybko, dużo za szybko. Uśmiechnąłeś się kpiąco zbliżając wolno do mnie, zagryzałeś dolną wargę. Wyglądałeś cholernie seksownie patrząc na mnie spod przymkniętych powiek, gdy zatrzymałeś się tuż przy mnie.
- Nic tak nie wygląda – sięgnąłeś dłonią do komputera, a ja nic nie zrobiłem, pozwoliłem ci podnieść klapę, śledziłem twój każdy ruch, twój wzrok przesuwający się po tekście wyświetlanym na ekranie monitora.  – To jest to twoje nic? – parsknąłeś przenosząc spojrzenie ciemnych oczu na moją zarumienioną twarz. Twoje spojrzenie z mojej twarzy zsunęło się na krocze, a na ustach wykwitł kolejny drwiący uśmieszek. – I przez to nic twój przyjaciel domaga się uwagi? – zakpiłeś klękając między moimi nogami, a ja odniosłem wrażenie, że znajduję się w jakimś innym świecie. Ty, wielki lider, klęczysz między moimi udami i wpatrujesz się w mojego fiuta napierającego na materiał luźnych dresów.
- Soohyun – szepnąłem gdy potarłeś dłonią moją erekcję przez materiał ubrania. Zagryzłem policzki od środka wzdychając ciężko przez nos. Nie rozumiałem co tobą kierowało, ale pragnąłem cię tak bardzo, że w tej chwili nie miało to dla mnie znaczenia.
- Hmm… - zamruczałeś unosząc wzrok znad mojego krocza i rzuciłeś okiem na komputer. – Zsunął ze mnie spodnie i bieliznę od razu dotykając ustami główki mojego członka. Rozchylił swoje seksowne usta oblizując się wręcz obscenicznie, muskając przy tym moją wrażliwą skórę…
- Przestań – wychrypiałem czując jak reaguje na czytany przez ciebie tekst, twój niski, ochrypły głos. Chyba mnie nie usłyszałeś albo nie chciałeś usłyszeć.
- Dłońmi masował moje uda, a wargami zaczął pocierać członek na czubku którego zebrała się wilgoć. Zlizał ją końcem języka, podskoczyłem na to elektryzujące uczucie. Rozchylił szerzej usta wchłaniając mnie w gorącą wilgoć, drżałem na całym ciele odczuwając go każdą komórką ciała. Polizał mnie po czym zaczął intensywnie ssać, krzyknąłem, gdy uderzyłem czubkiem penisa w ściankę jego gardła. Pieprzyłem go w usta odczuwając nieziemską rozkosz rozchodzącą się falami po moim nagim ciele. Jego usta były niebiańsko dobre pieszcząc mnie w najbardziej wyrafinowany sposób i czułem, że jak nie przestanie zaraz to dojdę krzycząc głośno jego imię… - urwałeś przełykając ślinę, a ja trząsłem się wpatrując w twoją twarz. – O kim to jest? – spytałeś, a mnie zaschło w gardle z wrażenia. Liczyłem, że nie zwrócisz uwagi na tytuł tekstu, co zresztą zrobiłeś, ale nie spodziewałem się zupełnie, że mnie o to spytasz.
- N-nie ważne – mruknąłem starając się zamknąć laptopa, ale nie pozwoliłeś mi na to kładąc swoje dłonie na moich udach, zacząłeś je delikatnie masować przez materiał spodni, a moje ramiona opadły nie dosięgając notebooka.
- O kim? – szepnąłeś seksownie niskim pomrukiem doprowadzając mnie do jeszcze większego drżenia. Nie odpowiedziałem, a ty bez słowa zacząłeś sunąć swoimi dłońmi o smukłych palcach w górę moich ud. Gdy dotarłeś do gumki spodni wsunąłeś kciuki za nią i pociągnąłeś w dół próbując je ze mnie ściągnąć. Jęknąłem cicho nie pozwalając ci na to. Nie miałem pod spodem majtek!
- Z-zostaw – sapnąłem zaciskając zęby, ale ty w ogóle nie zwróciłeś uwagi na moje słowa, po prostu szarpnąłeś oporny materiał aż unosząc mnie na krześle i ściągnąłeś aż do kostek. Lśniącym wzrokiem wpatrywałeś się w mój sterczący penis na czubku, którego zebrała się wilgoć. Twoje usta rozchyliły się lekko na ten widok, a ja dyszałem z bezsilności, w moich oczach pojawiły się łzy wstydu.
- O kim to jest? – powtórzyłeś chuchając gorącym powietrzem na fiuta, który aż drgnął tuż przy twojej twarzy, wysunąłeś język oblizując się zupełnie tak, jak było to napisane w opowiadaniu napisanym przez jakąś napaloną fankę. – No? Im szybciej powiesz tym lepiej – zamruczałeś prawie dotykając ustami główki mojego kutasa, który aż błagał o choćby najmniejszą pieszczotę. Pochylałeś się nad moim kroczem, a ja jak zaczarowany wgapiałem się w twoją postać znajdującą się między moimi nogami. Dłonie w dalszym ciągu masowały moje uda, teraz już nie okryte zbędnym ubraniem, a oddech pieścił mojego penisa.
- O nas, do cholery! – wrzasnąłem w końcu bezsilnie, a po moich policzkach spłynęły pojedyncze łzy. – Zadowolony jesteś?! Możesz się teraz ze mnie śmiać, możesz dać mi w pysk, ale zostaw mnie już w spokoju! – ukryłem twarz w dłoniach łkając cicho, starałem się odsunąć od ciebie, ale ty tylko uniosłeś się trochę by mnie objąć mnie w pasie i przytuliłeś się do mnie mocno wdychając mój zapach. Byłem ubrany jedynie w t-shirt i czułem się mało komfortowo, ale w chwili kiedy tak po prostu mnie objąłeś poczułem się jakbym wrócił po długiej wędrówce do domu. Otarłem policzki z łez nie wiedząc co począć z dłońmi.
- Nie płacz, ślicznotko – uśmiechnąłeś się w moją klatkę piersiową, co poczułem nawet przez materiał koszulki. – Szkoda twoich pięknych oczu – dodałeś podnosząc wzrok, a ja niepewnie popatrzyłem w twoje ciemne oczy. – Przepraszam, nie powinienem się tak zachowywać – wymamrotałeś, a na twoich policzkach pojawiły się urocze rumieńce. – Ale muszę to zrobić, bo nie daje mi to spokoju – nie zdążyłem zapytać o co chodzi, bo krzyk wyrwał się z mojego gardła, gdy zsunąłeś się wprost na moje krocze i wziąłeś mnie w usta ssąc tak mocno, że w kącikach moich oczu pojawiły się łzy bólu, który graniczył z przyjemnością. Twoje usta były dużo lepsze niż w mojej wyobraźni, a mój kutas reagował na ciebie dużo żywiej. Łapałem powietrze przez rozchylone usta czując otaczającą mnie wilgoć i nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Sunąłeś wargami wzdłuż mojego penisa, nosem dotykałeś podbrzusza chłonąc go z powrotem w swoje niebiańskie usta, językiem dotykałeś każdej żyły i dziurki na czubku. Twoje dłonie wyczyniały cuda, mruczałeś przy tym głośno wysyłając wibracje w moje spragnione i wrażliwe ciało. Czułem, że chcesz doprowadzić mnie jak najszybciej do orgazmu. Nie musiałeś długo się starać. Gdy twoje smukłe palce dotknęły moich jąder, a druga dłoń znalazła się przy moim wejściu doszedłem tak mocno, że na chwilę straciłem kontakt z rzeczywistością. Zacisnąłem powieki, a ty dalej mnie ssąc pieściłeś delikatnie miejsce między jądrami, a dziurką. Opadłem bez sił na fotel, a ty po raz ostatni liznąłeś mojego fiuta i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że doszedłem w twoich ustach. Zarumieniłem się jeszcze mocniej i niepewnie spojrzałem na ciebie. Miałeś zamglony wzrok, rumieńce na policzkach, oddychałeś przez rozchylone wargi, opuchnięte usta, które lśniły od śliny, w ich kąciku miałeś resztkę mojej spermy i nie myśląc ani sekundy pochyliłem się nad tobą zlizując smak samego siebie. Wsunąłeś palce w moje włosy przyciągając mnie do pocałunku, zsunąłem się z fotela i rozchyliłem zapraszająco usta. Przyjąłeś zaproszenie bez zastanowienia, od razu wsuwając swój język do moich ust. Jęknąłem głośno obejmując cię z całych sił. Znajdując się między twoimi nogami czułem twardą erekcję cisnącą się w spodniach. Oderwałeś się od moich mokrych ust i popatrzyłeś mi w oczy.
- No to… - zacząłeś cicho – kocham cię i chcę z tobą być – wyrzuciłeś z siebie na wydechu, a ja poczułem się jakbym wygrał główną wygraną na loterii. – Tylko nie każ mi teraz przestawać – zamruczałeś wpatrując się we mnie dalej. Twoje wszędobylskie dłonie pozbyły się mojej koszulki muskając przy tym żebra. Rozchichotałem się wpatrując się w ciebie rozkochanym wzrokiem i choć nie powiedziałem ci tego wprost, wiedziałem, że doskonale zdajesz sobie sprawę z moich uczuć.
- Och ta-ak – syknąłem gdy ściągnąłeś z siebie bluzę i koszulkę dając mi widok na twoje cudownie umięśnione ciało, a po chwili również spodnie i bokserki zniknęły odsłaniając jeszcze więcej ciała. Na widok twojego fiuta poczułem jak się ślinię i zagryzłem wargę. Dużo większy od mojego, bardziej długi i grubszy. Och, tak bardzo chciałem cię już poczuć w sobie!
- Będziesz tylko patrzył czy zamierzasz… o tak, kurwa, tak! – krzyknąłeś, gdy wziąłem cię w usta ssąc z zapamiętaniem, a dłońmi ściskałem delikatnie twoje ciężkie jądra. Wypychałeś biodra do przodu pieprząc moje usta, a palce przeczesywały włosy i ciągnęły za kosmyki. Posykiwałeś i pojękiwałeś gdy zaciskałem mocniej wargi na trzonie by zaraz delikatnie przesunąć się w górę i zassać na samej główce. Zamruczałem w twoje krocze, a ty zapiszczałeś czując zęby na wrażliwej skórze, drapałem cię nimi uważając by nie zrobić krzywdy. Spodobało ci się, sądząc po odgłosach jakie wydobywały się z twojego gardła. Ścisnąłem twoje jądra, a ty wypchnąłeś jeszcze mocniej biodra w kierunku mojej twarzy.
- Dość! – syknąłeś odsuwając się ode mnie. Wysunąłem penisa z ust i podniosłem na ciebie błyszczące oczy. Wyglądałeś jak chodzący seks dysząc nade mną, a twój penis lśnił od mojej śliny. Mój członek już od dawna również był twardy jak skała a z czubka na podłogę skapywały kropelki przezroczystej substancji. – Nie chcę tak skończyć.
- To mnie weź – odpowiedziałem natychmiast. – Weź mnie… - poprosiłem wpatrując się w twoje oczy intensywnie.
Nie musiałem powtarzać więcej razy. Wziąłeś mnie bez przygotowania wchodząc we mnie od razu do samego końca. Z mojego gardła wydobył się dziki wrzask bólu, a po policzkach potoczyły srebrzyste łzy.
- To boli, draniu – wychrypiałem słabo, a ty nie bacząc na to po prostu mnie brałeś. Ostro, mocno, gwałtownie, jakby ktoś za chwilę miał mnie tobie zabrać i nigdy więcej nie oddać. Brałeś mnie z tak rozpaczliwą brutalnością, że aż brakowało mi tchu, a twój penis wdzierał się we mnie coraz szybciej i mocniej. Jęczałem kiedy paraliżujący ból zamienił się w rozkosz przyćmiewającą nieprzyjemne odczucia, gdy trafiłeś w moją prostatę. Zacisnąłem mięśnie na tobie krzycząc głośno, szurając dłońmi po dywanie na którym się kochaliśmy. Wypychałem biodra w twoim kierunku rozpaczliwie łaknąc twojej bliskości i choć bliżej już być nie mogliśmy dla mnie to wciąż było mało. Obejmowałeś mnie mocno, gdy wbijając się we mnie jęczałeś mi nad karkiem seksownie niskim głosem, dłońmi gładziłeś moje biodra przytrzymując je w miejscu bym nie odsuwał się od ciebie. Pieprzyłeś mnie z taką siłą i zawzięciem aż w moich oczach ponownie pojawiły się łzy. Czułem jak drżą mi uda i byłem pewien, że gdyby nie twoje dłonie na moich biodrach to upadłbym na twarz.
Wysunąłeś się ze mnie z jękiem i przewróciłeś na plecy z taką szybkością, że jedyne co zdążyłem zrobić to krzyknąć, gdy ponownie byłeś we mnie i ponownie zacząłeś mnie pieprzyć wpatrując się na przemian w moją twarz i w mojego fiuta, który był nabrzmiały, zaczerwieniony i z jego czubka ściekała na mój brzuch wilgoć. Podskakiwał przy każdym twoim pchnięciu, gardło mnie bolało od krzyków, a ty opierając się dłońmi przy mojej głowie pieprzyłeś mnie cały czas tak samo mocno. Podniosłeś w końcu wzrok na moje oczy, musnąłeś po raz milionowy moją prostatę i doszedłem krzycząc na całe gardło tryskając spermą na nasze brzuchy. Moje nogi którymi się oplotłeś w pasie drżały tak bardzo, że nie ustałbym na nich nawet sekundy, a ty czując rytmiczne pulsowanie mojej dziurki doszedłeś we mnie zalewając mnie swoim nasieniem. Opadłeś na mnie wtulając twarz w moją szyję i zamruczałeś jak zadowolony kot.
Podłoga była niewygodna mimo, że leżeliśmy na dywanie, tyłek bolał mnie jak jasna cholera i czułem, że przez dłuższy czas nie będę mógł normalnie chodzić i siedzieć, ale gdybym miał to zrobić jeszcze raz to… nie zawahałbym się nawet sekundy.
Uniosłeś głowę cmokając mnie w usta z rozanielonym wzrokiem wpatrzonym w moje jeszcze zamglone oczy.
- Kocham cię – uśmiechnąłeś się niepewnie jakby bojąc się, że zaraz z krzykiem ucieknę, ale przecież oddałem się tobie na podłodze własnej sypialni więc czy ten czyn nie mówi sam za siebie?
- Ja ciebie też – odpowiedziałem głaszcząc cię po policzku opuszkami palców. Zamruczałeś wzdychając. Podniosłeś się pomagając mi wstać i zakląłeś nieprzyjemnie spoglądając na czerwone ślady krwi na moich udach i dywanie. Skrzywiłem się czując pulsujący ból między pośladkami, ale po chwili uśmiechnąłem się zarzucając ci ramiona na szyję i całując mocno z zaskoczenia. Odwzajemniłeś gorąco pieszczotę obejmując mnie w pasie ramionami splatając palce dłoni nad moimi pośladkami.
- Przepraszam – szepnąłeś. – Nie chciałem cię skrzywdzić – dodałeś krzywiąc się, a ja uśmiechnąłem się rozczulony.
- Nie szkodzi, warto było – zamruczałem całując twoje pełne usta. – Będę cię jeszcze bardzo długo czuł – wychrypiałem wsysając się w skórę twojej szyi mlaszcząc przy tym wulgarnie a po chwili podziwiałem ciemno różową malinkę, która wyglądała cholernie seksownie na twojej smukłej szyi. – Soohyun… po co ty właściwie przyszedłeś do mnie? – spytałem wpatrując się w ciebie z wyczekiwaniem, a ty uśmiechnąłeś się kątem ust.
- Jeśli powiem, że zebrałem się w końcu w sobie i przyszedłem wyznać ci swoje uczucia to mi uwierzysz?
Roześmiałem się kręcąc głową z niedowierzaniem, a ty scałowałeś uśmiech z moich ust.
- Naprawdę? – zamruczałem, gdy oderwałeś się od moich warg, parsknąłeś coś pod nosem.
- Nie – mruknąłeś niechętnie po chwili. – Przyszedłem… - zaciąłeś się uciekając wzrokiem na boki jednak dalej mnie obejmując.
- Tak? – ująłem w dłonie twoją twarz gładząc kciukami zarumienione policzki, nie przejmowałem się tym, że w każdej chwili któryś z chłopaków może wrócić z miasta i wparować tutaj, że jesteśmy nadzy ubrudzeni spermą i krwią. Liczyło się tylko to, że on chciał mnie.
- Przyszedłem, bo nie widziałem cię całą noc i cały dzień i… i stęskniłem się za tobą – wymamrotałeś, a ja pocałowałem twoje wydęte wargi. To było takie słodkie i urocze, nie pasujące do tej strony ciebie, którą znałem, że chichotałem jak szalony kiedy wpatrywałeś się we mnie urażony.
- Nie znałem cię od tej strony, liderze – zamruczałem po chwili powodując u ciebie szeroki uśmiech.
- To poznasz – wyszczerzyłeś się uciszając mnie kolejnym słodkim pocałunkiem kiedy roześmiałem się radośnie.

   Obudziłem się kilka minut przed dziewiątą rano, mruknąłem pod nosem i wtuliłem się w ciebie bardziej uśmiechając się do siebie głupkowato. Po chwili rozchichotałem się zaciskając dłonie na twoich ramionach, a ty burknąłeś coś pod nosem wzdychając ciężko.
- Obudziłeś mnie – rzuciłeś z wyrzutem w głosie cmokając mnie w czoło, a ja parsknąłem śmiechem. – No, naprawdę, bardzo śmieszne, idioto – dodałeś tonem urażonej księżniczki powodując u mnie coraz większy śmiech. Trząsłem się cały próbując się opanować, ale niestety bardzo słabo mi to wychodziło.
- Wczoraj wieczorem wyznałeś mi miłość, a dzisiaj od rana wyzywasz mnie od idiotów? – prychnąłem jak kociak szczypiąc cię w sutek. Zapiszczałeś odpychając mnie od siebie ze śmiechem i w końcu uchyliłeś powieki spoglądając wprost w moje zaspane jeszcze oczy.
- Nie wyzywam cię – odparłeś stukając mnie palcem wskazującym w pierś. – To było pieszczotliwie tak…
- Rozumiem – przerwałem ci uśmiechając się złośliwie. – Czy z racji tego, że to było pieszczotliwie to gdy nazwę cię debilem to też będzie ci się podobało?
- Kochanie – zamruczałeś natychmiast zbliżając swoją twarz do mojej. Roześmiałem cmokając cię w usta z psotnym uśmiechem błąkającym się na wargach.
- O wiele lepiej – mruknąłem głaszcząc cię opuszkami palców po policzku, uśmiechnąłeś się całując wnętrze mojej dłoni, a twoje oczy błyszczały radośnie. – Jak jeszcze zrobisz mi śniadanie do łóżka to już w ogóle będę najszczęśliwszym chłopakiem na ziemi.– uśmiechnąłem się szeroko. -  Zadowolę się naleśnikami z czekoladą, truskawkami i bitą śmietaną. I sokiem. Jabłkowym.
- Ach tak? – zamruczałeś pochylając się nade mną aż położyłem się na plecach i musnąłeś wargami moje usta. Westchnąłem rozchylając je, ale ty odsunąłeś się ode mnie śmiejąc się cicho. – Będziesz musiał zadowolić się zwykłymi kanapkami, bo niestety nic więcej nie potrafię zrobić. – zacząłeś wygrzebywać się z pościeli i gdy stanąłeś po chwili obok łóżka westchnąłeś cicho. Wpatrywałem się w ciebie spod przymkniętych powiek wtulając w poduszkę, a nogą obejmowałem puchatą kołdrę. Na moich wargach pojawił się niewinny uśmieszek, bo doskonale wiedziałem jak na ciebie działa widok mojego rozciągniętego na łóżku nagiego ciała.
- Zaraz wrócę – mruknąłeś, ale nie ruszyłeś się z miejsca. Zaśmiałem się cicho i wyciągnąłem do ciebie rękę.
- Chodź, nie jestem głodny – parsknąłem, a po chwili leżałeś obejmując mnie ramionami i muskając wargami moją skroń, spytałeś:
- A zadowolony?
- Dopóki jesteś przy mnie to tak – spojrzałem ci w oczy rozkochanym wzrokiem mimo, że coraz bardziej dawały mi się we znaki moje tyły. Uśmiechnąłeś się do mnie cmokając po policzku aż dotarłeś do kącika ust, wysunąłeś język muskając dolną wargę by po chwili wsunąć się pomiędzy nie i całować mnie zmysłowo zabierając mi dech w piersi. Objąłem cię mocno wciągając na siebie. Pragnąłem cię czuć całym sobą i nie było w tym żadnego podtekstu erotycznego. Po prostu chciałem być blisko ciebie, a sądząc po twoich reakcjach, ty również. Uśmiechnąłem się w pocałunek czując, że moje życie właśnie się zaczyna zmieniać. Dzięki tobie.

__________________________________________________________________

Ogłoszenia parafialne:
Blog w najbliższym czasie zmieni adres na Inori wo yuuhi ni kakage. Nazwa jest zajęta przeze mnie - założyłam drugi blog o takim adresie. Planuję podmienić nazwy blogom, tak więc jak ktoś wpisze stary adres to trafi na drugi pusty blog z informacją i linkiem do nowego adresu. Jestem przekonana na 99%, że tak da się zrobić xD 
Nie proszę o komentarze, bo mi się już po prostu nie chce. Jak ktoś nie umie docenić czegoś co nie jest dnem totalnym to jego sprawa.

poniedziałek, 8 października 2012

Untitled (? & ?) cz. 2



Wersja robocza bannera.

- 2 -
Toshi obudził się przed siódmą rano, a raczej został obudzony przez budzik w swojej komórce. Przeciągnął się czując, jak mu kości strzelają po czym wziął szybki prysznic, wypił mocną kawę i przed wyjściem zbliżył się pod drzwi sypialni gościnnej. Przystawił ucho do nich, śmiejąc się z siebie w myślach, ale gdy usłyszał ciche pochrapywanie poczuł ulgę. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo bał się, że chłopak mógłby uciec. Nie miał pojęcia dlaczego tak bardzo zależało mu na tym chłopaku o którym nic nie wiedział, ale chciał mu pomóc. Było w nim coś takiego… coś co przyciągało go do niego.
Skrzywił się na widok swojego samochodu z pękniętym zderzakiem i lekko wgniecioną maską. Czeka mnie wizyta u blacharza, pomyślał smętnie. Pod studio był dwadzieścia minut później. Powitał skinieniem głowy Kyo siedzącego przed wejściem na krawężniku i palącego papierosa. Blondwłosy odpowiedział skinieniem i mocno się zaciągnął czując przyjemne drapanie w gardle. Obaj nie byli chętni do rozmów, choć Toshiya widział, że wokalista wyraźnie z czymś się gryzie, ale dobrze zdawał sobie sprawę, że chłopak na pewno nie życzy sobie rozmawiać na ten temat. Było to widać po jego postawie i minie mówiącej „powiedz coś, a kark ci skręcę”. Dochodziła ósma gdy pod studiem zatrzymał się samochód Shinyi prawie parkując w bagażniku auta Toshiego, który skrzywił się na ten widok. Perkusista chyba tylko cudem zdał egzamin na prawo jazdy. I tylko cudem jeszcze się nie zabił.
- Cześć, chłopaki – rzucił ziewając przeciągle i przysiadł na krawężniku obok Kyo. Wokalista nic nie odpowiedział ponownie zaciągając się papierosem, a Totchi mruknął cicho jakieś powitanie. Perkusista widząc, że przyjaciele nie są skorzy do rozmowy wyjął telefon, podłączył słuchawki i zaczął słuchać muzyki. Punkt ósma pod budynkiem zjawił się Kaoru, o dziwo, razem z Daisuke. Kyo prychnął pod nosem i bez słowa zniknął w budynku nie zaszczycając ani słowem lidera i gitarzystę. Shin zsunął słuchawki z uszu i spojrzał pytająco po reszcie.
- A temu co? – spytał nie rozumiejąc zachowania wokalisty.
- Kryzys weny twórczej – burknął Kaoru mijając wszystkich i wchodząc do środka dodał: - Ruszać dupy. Mamy dużo roboty.
Toshiya jęknął cicho i po chwili wszyscy znajdowali się w sali prób. Kyo usilnie starał się zabić wzrokiem gitarzystów, a Shinya z dziwnym uśmiechem na ustach przyglądał się temu. Toshi jednak zastanawiał się czy młody już wstał, a jeśli tak to co robi. I co najważniejsze czy jak wróci do domu to on ciągle tam będzie? Czy może jednak postanowi zabrać co cenniejsze i zwiać? Skarcił się w myślach i pokręcił głową mamrocząc pod nosem przekleństwa. Kaoru uniósł brwi patrząc z niepokojem na basistę, ale nie skomentował jego zachowania słowem. Die starał się zagrać, ale poranione palce skutecznie mu to uniemożliwiały. Tooru prawie kipiał ze złości widząc, jak lider podchodzi do czarnowłosego i coś do niego mówi tak, żeby nikt oprócz niego nie usłyszał.
- Okej, chłopaki, dzisiaj zaczniemy od… - słowa Kaoru nikły gdzieś w tle, gdy Toshiya zamyślił się wpatrując w okno. Trzymał bezmyślnie bas na kolanach i myślał w kółko o blondynie. Nawet nie zauważył, że trwa próba i nie wszedł w odpowiednim momencie denerwując tym resztę.
- Kurwa, Toshiya, dopiero zaczęliśmy, a ty już zawalasz? – warknął Kaoru mrużąc oczy. – Z łaski swojej wróć na ziemię i przyłóż się tak jak Die, który mimo problemów z palcami daje radę.
W tym momencie, gdy Toshi już otwierał usta by coś powiedzieć odezwał się Kyo, prawie sycząc przez zaciśnięte zęby:
- No, pewnie! Bo Die jest taki świetny, cudowny i w ogóle zajebisty! A my jesteśmy tylko tłem dla jego niesamowitego talentu! – krzyczał zaciskając dłonie w pięści, mikrofon upadł na podłogę, a w sali zapadła cisza lecz nie trwała długo. – Mam tego dość! Mam dość, rozumiesz, ty dupku?! – warczał podchodząc ku ogromnemu zdziwieniu reszty nie do Kao, tylko do Daisuke. – Działasz mi tak bardzo na nerwy, że mam ochotę cię rozszarpać! Udajesz niewiniątko, robisz dziwkę z Toshiyi, a sam dajesz dupy komu się da!
Toshiya zmarszczył brwi słysząc słowa Kyo, ale nie przejął się nimi. Przecież w każdym zespole z jednego członka robią… osobę lekkich obyczajów. A fani i cała reszta mają gdzieś czy to jest prawda czy nie, wręcz przeciwnie. Shinya dla odmiany zaczerwienił się delikatnie i spuścił głowę kryjąc twarz pod grzywką.
- Dość tego, Kyo! – odezwał się Kaoru zbliżając do zaszokowanego gitarzysty i wokalisty, który stał od niego zaledwie metr i wyglądał tak, jakby miał zaraz kogoś zamordować. A raczej nie kogoś, tylko Die’a.
- Spierdalaj! – odwarknął blondyn nawet nie patrząc na lidera. – No co? Nic nie powiesz? Niech cię szlak trafi! – zamachnął się na wyższego do siebie mężczyznę, ale nie dosięgnął go – powstrzymały go ramiona Kaoru odciągające go na bezpieczną odległość.
- Co ci odpierdala?! – syknął lider zacieśniając uścisk na wyrywającym się i przeklinającym wokaliście. – Spokój!
Toshiya i Shinya widząc, że Kao ma problem z utrzymaniem szalejącego wokalisty ruszyli mu na pomoc. Shin od razu tego pożałował – pięść najniższego mężczyzny boleśnie uderzyła go w szczękę, a Toshiya został kopnięty w biodro na tyle mocno, że skrzywił się i skulił gwałtownie usuwając się na bok, gdy Tooru ponownie się zamachnął.
- Stary, wyluzuj – wymamrotał perkusista pocierając szczękę i zerknął na Daisuke, który w dalszym ciągu stał w tym samym miejscu i wpatrywał się z dziwnym wyrazem oczu w Kyo. Nie ruszał się, oddychał szybko, płytko i nie odrywał wzroku od postaci wokalisty.
- Dajcie wy mi święty spokój! – wrzasnął, a w jego głosie pobrzmiała rozpacz. Kaoru puścił chłopaka, który nie oglądając się za siebie wybiegł z sali prób z głośnym trzaskiem zamykając za sobą drzwi. W pomieszczeniu zapadła cisza przerywana oddechami mężczyzn. Kaoru wściekle marszczył brwi, Shinya pocierając obolałe miejsce wpatrywał się w zamknięte drzwi tak, jakby zaraz miały go zaatakować, Toshiya zaskoczony całą sytuacją zastanawiał się co wstąpiło w Kyo, a Die spuścił głowę zaciskając usta w cienką kreskę.
- Ehm… to co teraz? Z próby nici? – spytał z nadzieją Shin wpatrując się niepewnie w Kao, który prychnął i podniósł wzrok na perkusistę.
- Poradzimy sobie bez niego – powiedział ruszając w kierunku swojej gitary. – A Kyo… ochłonie i wróci.
- Ale Kaoru… może ktoś powinien za nim pójść? – wymamrotał Terachi siadając za perkusją, a lider pokręcił głową przeglądając jakieś dokumenty.
- Yhym. Najlepiej poślijmy Daisuke – skomentował z ironią. – I po sprawie, co, Die? – spojrzał na drugiego gitarzystę, który wpatrywał się w Kaoru nie widzącym wzrokiem po czym wzruszył ramionami i zaczął brzdąkać jakąś nieznaną melodię delikatnie szarpiąc za struny, jakby to było zupełnie coś innego. Toshiya westchnął widząc rozdartego przyjaciela. Co się, kurwa, stało?, przemknęło mu przez myśl. Jasne, dochodziło między nimi do kłótni mniejszych czy większych, ale nigdy nie wydarzyło się coś takiego. Nigdy nie doszło do sytuacji w której którykolwiek z nich miałby ochotę rzucić się na drugiego z zamiarem zamordowania go. Nigdy też nie padły takie słowa. A Die zachowywał się tak dziwnie, że Toshi miał wrażenie jakby na moment szaleństwa Kyo, wyłączył się i udawał, że go nie było na sali. Coś tu było nie tak, ale mężczyzna nie chciał się nad tym zastanawiać. To nie była jego sprawa tylko ewidentny konflikt między Kyo i Daisuke. A raczej… wokalista miał pretensje do Die’a. Niezrozumiałe było tylko to o co były te pretensje.
Próba minęła bez większych zakłóceń. Kilka razy Die obsunęły się palce po strunach, Toshi nie wszedł w odpowiednim momencie, a Shinya nie nadążał wybijać rytmu. Kaoru też raz zmylił progi, ale nikt nie zwrócił na to większej uwagi. Nie chcieli podpaść liderowi zwłaszcza, że był zdenerwowany. Kyo do końca próby się nie pojawił, ani nie dał żadnego znaku życia, a próba zakończyła się parę minut po szesnastej, kiedy to Die nie dawał rady już grać. Kaoru podszedł do niego i poklepał go po ramieniu znowuż coś szepcząc do jego ucha. Czarnowłosy skinął głową i uśmiechnął się słabo spoglądając na lidera ze smutkiem. Po kilku minutach oboje opuścili pomieszczenie, a Shinya westchnął przeciągle i rozprostował ścierpnięte ramiona.
- Skoczymy na piwo? – spytał spoglądając z nadzieją na basistę, który w dalszym ciągu rozmyślał nad zachowaniem przyjaciół, a na dźwięk głosu Shina drgnął i jego myśli zaczęły krążyć wokół blondyna który znajdował się w jego domu. Przynajmniej taką miał nadzieję.
- Wybacz, Shin, ale jestem wykończony i… muszę… eee… - zaplątał się nie mając żadnej sensownej wymówki by nie zaprosić do siebie przyjaciela. Chłopak przyglądał mu się z zaciekawieniem, a po chwili namysłu skinął głową.
- Spoko, masz… „randkę” – uśmiechnął się szeroko. – Rozumiem. To na razie. – nie czekając na odpowiedź Toshiego wyszedł cicho zamykając drzwi. Basista zaklął cicho. Nie chciał by tak wyszło, ale cóż… trudno. Narzucił bluzę na ramiona i pobiegł na parking. Chciał jak najszybciej wrócić do domu. Naprawdę nie wiedział co się z nim działo, ale strasznie chciał zobaczyć młodego i mieć pewność, że nic mu się nie dzieje złego. Toshiya po raz pierwszy od wielu miesięcy tak bardzo nie spieszył się do domu. Złamał kilka przepisów, brawurowo zaparkował samochód przed swoim domkiem z przeraźliwym piskiem opon i skarcił się w myślach za swój debilizm. Zachowywał się niepoważnie. Wiedział o tym. Ale nic nie mógł na to poradzić.
Wszedł do domu i zamarł widząc blondyna sprzątającego na czworaka podłogę z jakiejś czerwonej substancji. Toshiya otworzył szeroko oczy. Czerwona su…?
- Cholera, co się stało? – spytał spoglądając wprost w przestraszone oczy młodego, który zamarł, jak tylko zobaczył basistę. Przełknął ślinę, spuścił wzrok na podłogę zaciskając dłoń na ścierce.
- Ja… - zaczął cicho siąkając nosem – Przewróciłem się i… pobrudziłem podłogę – dokończył podnosząc wzrok na Toshiego, który w dalszym ciągu stał w tym samym miejscu. – Przepraszam, że nie zdążyłem tego posprzątać.
Toshimasa westchnął ciężko, ale poczuł ulgę widząc chłopaka. Ucieszył się, że nie uciekł i nic mu nie jest. Mniej więcej.
- Nie przejmuj się, ale… jak to przewróciłeś się? – spytał podejrzewając, że chłopak prawdopodobnie zasłabł lub co gorsza stracił przytomność na nie wiadomo jak długo. A jego nie było w domu i nie mógł mu pomóc.
Zbliżył się do niego i przyklęknął na jedno kolano uważnie przyglądając się młodemu. Był blady i wyglądał tak, jakby przez ostatnie godziny wylał morze łez. Na ubraniach nie widać było żadnych śladów krwi, ale w takim razie jakim cudem udało mu się ubrudzić podłogę? Toshi pomógł mu wstać i w ostatniej chwili chwycił go w ramiona, gdy chłopiec bezwładnie opadł na niego tracąc przytomność. Zaklął pod nosem przyciskając do siebie drobne ciało chłopaka i bez trudu uniósł go w ramionach – chłopiec był lekki jak piórko. Zaniósł młodego do sypialni gościnnej i ułożył na łóżku przyglądając mu się uważnie. Poklepał go delikatnie po policzku, ale to nie przyniosło żadnego rezultatu. Z drżącym sercem zadzwonił do znajomego lekarza zespołu – bardzo dyskretnego człowieka. I tak by po niego dzwonił, ale teraz sytuacja delikatnie się pogmatwała. Toshiya nie wiedział co przytrafiło się młodemu i nie miał pojęcia jakich obrażeń doznał. To co zobaczył mogło być tylko czubkiem góry lodowej.

_______________________________________________________________
No to... wiem, krótko. Tak wyszło. Ale nie mam czasu i siły zrobić z tego dłuższej części. 
A teraz odpowiedzi na komentarze spod pierwszego partu:
Ghostface - Ty już nic nie mów, bo przez Ciebie obrosnę w piórka xD
mira - dziękuję za komentarz, miło mi, że Cię zaciekawiło opowiadanie ;)
Lalalulu;) - dzięki za komentarz, a na odpowiedź kto jest tajemniczym chłopakiem będziesz musiała trochę jeszcze poczekać.
Akihide - jak można dać plus za postać pojawiającą się w ficku? -.- nie lubię tego >.> i przepraszam bardzo czy Maya jest jedynym blondynem? No bez przesady, nie żebym go nie lubiła, ale Maya jest jednym z ostatnich ludzi którzy by mi przyszli na myśl. Równie dobrze to może być Ruki za czasów blondu ;) oczywiście to nie on i na tym zakończę xD
Nitka - cieszę się, że zainteresowało Cię i spodobało się opowiadanie ;)
LM - LM to jest skrót od czegoś? ^^" ale dzięki za komentarz (tak! Wszystkim będę dziękować, bo Wasze komenty są dla mnie cenniejsze od złota, a dostaję ich niewiele -.-)
Minako - ojej, do genialności mi daleko, ale staram się jak mogę by wypaść w miarę dobrze ;) i nie mam pojęcia jak nazywa się w psychologii takie zachowanie bowiem nie mam z nią styczności. Raczej opierałam się na życiu niż na psychologii ^^
 Amidamaru - pewnie każdego kto przeczyta zżera ciekawość xD ale cóż nie będę ujawniać imienia chłopaka, mam nadzieję, że Was miło zaskoczę, a niektórzy może nawet będą zszokowani xD a z publikowaniem będę zwlekać by zmusić Was do komentowania o! ;D
ShiNda - hm co by tu powiedzieć? xD nie potwierdzę i nie zaprzeczę czy chłopakiem jest Subaru to raz. Dwa dziękuję za komentarz ;) Trzy mogę Cię powiadamiać na gg jak dotrę do niego, bo ostatnio coś mi fiksuje i korzystam ze skajpa xD chyba, że masz skajp to możesz podać ^^
Mirai - komentarz wcale nie był pusty, a bardzo podniósł mnie na duchu że kolejna osoba może poświęcić minutkę na pozostawieniu po sobie śladu ;)
Anonimowy - naprawdę dobrze Ci się czytało? *rumieni się* dziękuję ^^
Joze - witaj Joze w moich skromnych progach ;D 
Anonimowy2 - szantaż emocjonalny na mnie nie działa xD dodaję w swoim tempie.
Krótkie info: Meg zaczęła studia i dopóki stażu nie skończę to nie bardzo będę miała czasu na sprawdzanie tekstu, więc najwcześniej rozdział pojawi się pod koniec przyszłego tygodnia, bo niestety mam co robić, a chwile dla siebie też bym chciała mieć.
Tak więc pozdrawiam i namawiam do komentarzy! ;)
Dziesięć mi wystarczy, skoro teraz dałyście radę trzynaście - wiem, wiem jest pod notką czternaście, ale dwa są Ghostface xD
EDIT 10.10.12
Chciałam jeszcze tylko dodać, że mój blog bynajmniej nie jest żadnym billboardem reklamowym. Owszem jest możliwość wstawienia adresu waszego bloga u mnie jednakże jedynie wtedy jeśli ja sobie znajdę blog, czytam go i uważam za warty polecenia (taka nowość xD) albo osoba komentująca zechce się zareklamować - taka opcja istnieje. I nie, nie mam potrzeby by adres mojego bloga znalazł się u kogokolwiek. Z tego miejsca pozdrawiam Ghostface i Mirę ^^

poniedziałek, 24 września 2012

Untitled (? & ?) cz. 1

Marudzenie będzie pod rozdziałem ;)
Wersja robocza bannera.

- 1 -
Toshiya zmęczony wsiadł do swojego samochodu i oparł czoło o kierownicę. Był wycieńczony kilkugodzinną próbą zarządzoną przez Kaoru, który zdawał się nie widzieć zmęczenia zespołu i dopiero, gdy Kyo zaczął fałszować tak bardzo, że nie dało się go słuchać, Shinya prawie wydłubał sobie pałeczką oko, Die zerwał trzy struny naraz raniąc sobie palce, a Totchi prawie upuścił swój ukochany bas na podłogę, postanowił zakończyć próbę. Sam wydawał się być rześki i wypoczęty, tak, jakby jego na tej próbie wcale nie było. Chłopcy zawsze zastanawiali się skąd Kao bierze siły, ale z drugiej strony byli bardzo zadowoleni z faktu, że mają takiego silnego lidera.
Mężczyzna po omacku wsunął kluczyk do stacyjki i zapuścił silnik. Nie miał siły wracać do domu, ale nie uśmiechało mu się nocowanie w samochodzie na parkingu przed salą prób. Marzył tylko o gorącym prysznicu i ciepłym łóżku. Tak, to zdecydowanie było dla niego najważniejsze po całej tej mordędze. Kochał grać, ale w takich momentach miał po prostu ochotę rzucić to wszystko w cholerę i stać się zwykłym, przeciętnym mężczyzną, a nie sławnym basistą Dir En Grey.
Nawet nie zauważył, gdy wjechał w jakąś uliczkę, która samym swoim wyglądem przerażała. Wszędzie były jakieś kontenery, worki i kartony. Dokoła unosiła się mgła i zaczął lać deszcz. Toshi warknął pod nosem wduszając gaz do dechy. Chciał jak najszybciej wyjechać z tego dziwnego miejsca i wrócić do domu. Był śmiertelnie wykończony, oczy mu się zamykały, a dłonie zsuwały z kierownicy. Mięśnie miał obolałe i chciał tylko relaksu, ale… ale jak pomyślał o tym, że w domu nikt na niego nie czeka… robiło mu się ciężko na sercu. Marzył by mieć kogoś bliskiego, kogoś do kogo mógłby się po prostu przytulić i zapomnieć o całym świecie. Kogoś z kim mógłby porozmawiać, pośmiać się czy pomilczeć. Jeść wspólne posiłki, oglądać telewizję leniąc się na kanapie. Pragnął mieć do kogo się odezwać. Nie chciał ciągle wracać do zimnego, ciemnego mieszkania, które wręcz go odrzucało i jego jedyną zaletą było to, że miał święty spokój. Jednak mimo spokoju w głębi duszy marzył o tym, że wraca do domu, gdzie czeka na niego ukochany i… i właśnie tu był największy problem. Nie tylko sława przeszkadzała mu w znalezieniu kogoś bliskiego. Odkąd pamiętał zawsze wolał chłopców. I to był jego problem – nie sam homoseksualizm, ale to w jakim położeniu się znalazł. Nie mógł narażać zespołu na uszczerbek w reputacji. Nie chciał by obrzucili ich błotem tylko dlatego, że basista woli chłopców, a nie dziewczynki choć dobrze wiedział, że jego kumple są biseksualni. A przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak nigdy o tym nie rozmawiali i Toshiya jakoś nie miał ochoty poruszać tego tematu.
Nagle przed maskę wyskoczyła mu drobna postać. Mężczyzna poczuł się tak jakby ktoś na niego wylał kubeł lodowatej wody, a całe zmęczenie z niego spłynęło. Otworzył szeroko oczy hamując gwałtownie i szarpiąc kierownicą, wjechał w kilka kartonów stojących przy jezdni. Rozległ się dźwięk gniecionego metalu i Toshi był pewien, że uderzył w coś więcej niż kartony. Z przerażeniem zerknął na ulicę i w strugach deszczu dostrzegł postać skuloną po drugiej stronie tuż pod ścianą jakiegoś budynku. Nie będąc pewnym co robić zgasił silnik i rozejrzał się niepewnie. Zastanawiał się czy jak tylko nie wysiądzie z auta to nie oberwie czymś w głowę, a ktoś nie zwinie mu samochodu. Wszystkiego mógł się spodziewać po tej dzielnicy i przy takiej pogodzie. Jednak gdy ponownie zerknął w kierunku postaci podjął decyzję.
Wysiadł z samochodu zatrzaskując drzwi i podbiegł do skulonej dziewczyny tudzież chłopaka. Nie był w stanie tego określić przez lejący deszcz.
- Hej – zaczął niepewnie czując jak zimno go otacza. – Wszystko okej? – zapytał głupio zdając sobie sprawę jak idiotycznie musi brzmieć. Stoi w deszczu, chwilę wcześniej prawie rozjechał człowieka na ulicy, a teraz pyta czy wszystko w porządku.
- Idź sobie – odpowiedział mu cichy głos, zdecydowanie należący do mężczyzny. Ale to musiał być jeszcze nastolatek, świadczyła o tym jego drobna budowa. Toshimasa przemoknięty do ostatniej nitki popatrzył na chłopca po czym wyciągnął w jego kierunku dłoń odgarniając pozlepiane kosmyki z twarzy.
- Chodź – powiedział tylko i mimo słabych protestów chłopaka pomógł mu wstać i zaprowadził do samochodu usadawiając na siedzeniu pasażera. Sam szybko też wsiadł do środka i włączył ogrzewanie. Nie przejmował się tym, że będzie miał brudną i mokrą tapicerkęm, ważniejszy był ten szczeniak, który o mały włos nie wpadł mu pod koła i nie zginął pod nimi.
Spojrzał na niego i wstrzymał oddech. Patrzyła na niego para najpiękniejszych ciemno bursztynowych oczu, jakie kiedykolwiek dane mu było zobaczyć. Oczu, które były pełne przerażenia. Chłopak miał rozmazany makijaż na policzkach, blond kosmyki włosów skołtunione i ociekające wodą. Jednak nie to było najtragiczniejsze – chłopiec miał podbite oko i rozciętą wargę. Jego ubranie było poszarpane i nie tylko przemoczone, ale i brudne.
- Umm – zaczął niepewnie Toshi patrząc na przerażonego chłopaka siedzącego obok i zastanawiał się co dalej. Po cholerę on wysiadał z auta i go tu brał skoro teraz nie miał pomysłu na to co z nim zrobić? Ale z drugiej strony jak pomyślał, że mógłby przejechać obok i zostawić go tutaj…
- Niech mi pan krzywdy nie robi… - wyszeptał drżącym głosem chłopak i zacisnął dłonie na kolanach. – Proszę – dodał płaczliwie i podniósł na basistę załzawione oczy. Toshiya poczuł jak robi mu się słabo. Czy ten blondyn sądził, że on wziął go bo…?
- Nie bój się. Nic ci nie zrobię – zapewnił szybko, za szybko. Zganił się za to w myślach. – Pomogę ci. Nic więcej. Tylko pomogę.
Chłopak nic nie mówiąc wcisnął się w fotel i siąknął cicho nosem. Drżał cały z zimna i strachu. Nie był pewien czego może się spodziewać po nieznajomym. Nie zwracał uwagi na to gdzie jadą. Modlił się w duchu, żeby tylko nie spotkało go nic gorszego.
Po pół godzinie zatrzymali się pod niewielkim domkiem na obrzeżach Tokio. Toshi zerknął na chłopca, który otarł wierzchem dłoni łzy, ale nie powiedział ani słowa. Deszcz już dawno przestał padać i dokoła było zupełnie cicho, dochodziła pierwsza w nocy, a na niebie świeciły miliony gwiazd. Bez słowa wysiadł z samochodu i otworzył drzwi po stronie chłopaka, który spojrzał na niego ze strachem wymalowanym w jego przecudnych bursztynowych oczach. Basista uśmiechnął się delikatnie pomagając wysiąść blondynowi, który wydał mu się nagle taki kruchy i bezbronny. Drżał cały i nogi się pod nim uginały. Delikatnie utykał na jedną nogę i garbił się, jakby obawiał każdego ruchu Toshiego w jego kierunku. Pociągał nosem co chwila i ocierał policzki prawdopodobnie z łez. Toshiya otworzył drzwi i wprowadził chłopca do domku, zamykając za nim cicho drzwi. Zapalił światło w korytarzyku i przyjrzał się młodemu.
- Musisz się umyć, dam ci jakieś swoje ubrania i opatrzymy twoje zranienia – powiedział spokojnie podchodząc do blondyna, który cofnął się gwałtownie o krok do tyłu i wstrzymał oddech. Toshi zamarł, a po chwili uśmiechnął się uspokajająco. – Spokojnie. Naprawdę nie mam względem ciebie żadnych złych zamiarów. Chcę ci pomóc.
Chłopiec podniósł na niego swoje niesamowite spojrzenie i wolno skinął głową. Basista pokazał chłopakowi łazienkę, dał czyste ręczniki, koszulkę i bluzę ze spodniami od dresu. Podejrzewał, że na młodego to i tak będzie sporo za duże, ale na pewno lepsze niż jego brudne i przemoczone ciuchy. Usłyszał cichy szczęk zamka, gdy blondyn zablokował drzwi od środka i uśmiechnął się smutno. Doskonale rozumiał przerażenie chłopaka, który nagle znalazł się u zupełnie obcego mężczyzny i nie miał pojęcia czego się spodziewać. Spotkało go coś złego i bał się, że teraz trafił z deszczu pod rynnę. Toshiya zaparzył dwa kubki herbaty i postawił je na stole w momencie w którym blondyn niepewnie wszedł do kuchni. W dalszym ciągu był w swoich mokrych ubraniach, nie umyty, ze spływającym po policzkach makijażem wraz z kropelkami wody skapującymi z włosów i prawdopodobnie łzami płynącymi z oczu. Obraz nędzy i rozpaczy, pomyślał Toshimasa patrząc na chłopca, który rozglądał się niepewnie po kuchni. W pewnej chwili jego wzrok spoczął na parującym kubku napoju, przełknął głośno ślinę. Wzrok Toshiego podążył za nim i uśmiechnął się zachęcająco.
- Weź. Zrobiłem dla ciebie – odezwał się i wskazał ruchem głowy herbatę, gdy młody na niego spojrzał. Chłopiec zbliżył się wolno do stołu i wziął szybko kubek do rąk, Toshiya był prawie pewien, że poparzył sobie dłonie, w końcu to był prawie wrzątek. Upił parę łyków po czym odstawił naczynie na blat i ponownie wbił niepewne spojrzenie w basistę. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, a Toshi chłonął widok tych niesamowitych oczu. Ogarnął się jednak szybko.
- Umyj się i przebierz, bo się jeszcze przeziębisz – mruknął ciepło. Blondyn nerwowo zagryzł zranioną wargę, skrzywił się po czym w miarę możliwości uciekł do łazienki. Toshiya spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał i dostrzegł na panelach drobne ślady krwi. Zaklął pod nosem. I wcale nie chodziło o to, że ten mały pobrudził mu nieskazitelnie czystą podłogę. Bardziej przejął się tym skąd ta krew się wzięła. Obawiał się, że chłopca spotkało coś naprawdę złego i  może mieć dużo więcej obrażeń niż siniec pod okiem i rozcięta warga. Wytarł ślady krwi jakąś szmatą i ziewnął przeciągle. Znowu poczuł zmęczenie, a gdy pomyślał, że już o ósmej rano rozpoczyna się kolejna próba to nie miał siły na nic więcej jak tylko rzucenie się do łóżka i zapadnięciu w sen. Ale nie, zachciało mu się zbawiać świat!
- Kurwa – zaklął zwracając się twarzą do okna, za którym rozciągał się widok na sąsiedztwo. Wszędzie były pogaszone światła, co świadczyło tylko o tym, że wszyscy śpią. Toshiya też chciał już spać, ale najpierw musiał ogarnąć tego chłopaka o niesamowitych oczach. Lecz się, debilu, pomyślał i usłyszał ciche łkanie dobiegające z łazienki. Nie zastanawiając się w ogóle skierował swoje kroki pod łazienkę i delikatnie zapukał w ciemne drewno.
- Wszystko w porządku? – spytał słysząc tylko i wyłącznie cichy szloch. Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi ponownie zastukał, ale i tym razem nie było najmniejszego odzewu. – Hej, odezwij się – poprosił nie wiedząc co się dzieje tam w środku. Poczuł zaniepokojenie, gdy ciche, prawie niesłyszalne kroki rozległy się w kierunku przeciwnym do drzwi i szloch się nasilił. Toshiya nacisnął klamkę i drzwi, o dziwo, się otworzyły. Zajrzał niepewnie do środka. – Mogę wejść? – spytał zdając sobie sprawę, jak idiotycznie musiał zabrzmieć, ale odpowiedzi i tak nie uzyskał. Wszedł głębiej do pomieszczenia. Na samym środku łazienki leżały ubrania chłopaka, a on sam siedział skulony koło wanny w kącie obejmując ramionami kolana i płacząc cicho. Patrzył z przerażeniem na Toshiego, który wpatrywał się w młodego nie wiedząc co zrobić. Obawiał się go, to na pewno, ale jak mu pokazać, że z jego strony naprawdę nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo?
- Spokojnie – szepnął kucając przed nim i wolno wyciągnął w jego kierunku rękę kładąc ją na ramieniu chłopca. – Nie bój, się wszystko jest w porządku. Jesteś bezpieczny. Nie płacz, proszę – mówił spokojnym, cichym głosem wpatrując się w załzawione oczy przepełnione strachem i bólem. – Chodź, pomogę ci – pomógł blondynowi wstać i wciągnął z sykiem powietrze. Młody stał przed nim w samych bokserkach, a jego ciało pokrywały liczne siniaki, lekkie rozcięcia, kilka blizn. Bez problemu mógł policzyć wszystkie żebra chłopaka – on nie był szczupły, był przeraźliwie wychudzony. Blondyn z nieufnością spoglądał na Toshiyę, który wziął zmoczony ręcznik i zaczął ścierać mu z policzków rozmazany makijaż. Starał się być jak najdelikatniejszy, nie miał pojęcia co może kryć się pod grubą warstwą tapety. Chłopiec nie drżał już tak bardzo, jego szloch ustał, a tylko co jakąś chwilkę siąkał nosem i wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w Toshiyę. Mężczyzna obmywał twarz chłopaka niższego od siebie o pół głowy i zastanawiał gorączkowo co takiego mogło mu się przytrafić. Blondyn zasyczał cicho, gdy przemywał okolice rozciętej wargi i zmrużył swoje duże oczy. Toshi kilkukrotnie moczył ręcznik aż w końcu wszystko udało mu się zmyć. Popatrzył uważnie na twarz chłopca i poczuł jak serce mu mocniej zabiło. Mimo podbitego oka, zranionej wargi i zapadniętych policzków chłopak był po prostu śliczny – delikatna skóra, drobny nosek, pełne usta… Toshiya poczuł jak robi mu się gorąco i skarcił siebie w myślach. Miał mu pomóc, a nie…!
- Powinieneś wziąć prysznic – zauważył i widząc jak chłopak się na nowo spina dodał. – Wyjdę, ale gdybyś mnie potrzebował… to zawołaj, dobrze? – popatrzył na chłopca, który skinął głową, a w jego oczach był bezgraniczny smutek. Totchi uśmiechnął się do niego pokrzepiająco i będąc przy drzwiach spytał jeszcze: - Chcesz kogoś powiadomić gdzie jesteś? – blondyn popatrzył na niego przez chwilę nic nie mówiąc aż zaprzeczył ruchem głowy. – Dobrze, to porozmawiamy później. Wykąp się.
Dwadzieścia minut później chłopak opuścił łazienkę przebrany w ciuchy Toshimasy. Zajrzał do kuchni i aż mu się oczy zaświeciły na widok talerza z kanapkami stojącymi tuż koło kubka z którego wcześniej pił herbatę, a w którym znajdował się świeżo zaparzony napój.
- Usiądź, pewnie jesteś głodny – wymamrotał Toshi pocierając dłońmi twarz. Był już wykończony, ledwo stał na nogach, a jeszcze musiał pokazać chłopakowi, gdzie będzie spał i poinformować go o kilku rzeczach. Przyjrzał mu się i uśmiechnął. Ubrania rzeczywiście były za duże. Nogawki przykrywały jego całe stopy, a rękawy dłonie. Koszulka sięgała mu prawie połowy ud, podobnie jak bluza.
Blondyn przysiadł na krześle krzywiąc się. Wyciągnął dłoń po kanapkę, a po chwili nie było śladu, że na talerzu jeszcze kilka minut wcześniej cokolwiek było. Po herbacie również nie został ślad. Chłopiec oblizał usta, ponownie się skrzywił i spojrzał na Toshiego z wdzięcznością pomieszaną ze strachem.
- Dziękuję – wyszeptał zachrypniętym głosem i pociągnął nosem jednak nie zbierało mu się na płacz. Totchi skinął głową.
- Pokażę ci gdzie będziesz spał – ruszył w głąb domu nie czekając aż młody ruszy za nim. Wiedział, że na pewno za nim podąży. I tak było w rzeczywistości. Chłopiec zaciskając dłonie w kieszeniach bluzy szedł w pewnym odstępie za basistą uważnie go obserwując. Toshi wskazał ręką sypialnie gościnną. – Tutaj jest miejsce dla ciebie, ja muszę wyjść przed ósmą do… pracy, ale ty możesz sobie tutaj spokojnie być. Kuchnia jest w pełni wyposażona, w salonie jest cały zbiór różnych filmów na DVD, jakbyś miał ochotę pooglądać i… - zawahał się patrząc na blondyna, który rozglądał się z zaciekawieniem po sypialni. Cholera, on naprawdę jest śliczny, przeszło przez myśl mężczyźnie, gdy zmarszczył nos i uśmiechnął się leciutko. – I… Mam tylko jedną prośbę – poczekał aż chłopak na niego spojrzy po czym dodał: - Nie uciekaj, okej?
Zapadła cisza przerywana wyłącznie ich oddechami. Toshiya czekał cierpliwie na odpowiedź mimo, że słaniał się na nogach, a blondyn marszczył brwi zastanawiając się nad odpowiedzią po czym skinął głową uśmiechając się strachliwie.
- To ja ci życzę spokojnej nocy, w razie czego jestem w pokoju obok. Możesz mnie zawołać jeśli byś… miał jakiś problem, dobrze? – Toshiya sam nie wiedział dlaczego tak bardzo zależy mu na tym by temu chłopakowi było u niego dobrze, po co go w ogóle zabierał z ulicy i choć to było irracjonalne, wcale nie obawiał się tego, że młody mógłby go okraść. Strach wymalowany w jego oczach nie mógł być udawany a i stan jego ciała mówił sam za siebie.
Toshi ruszył w kierunku drzwi, a młodzieniec odsunął się od nich gwałtownie wpadając na komodę. Basista westchnął cicho, nic nie mówiąc i opuścił sypialnie cicho zamykając za sobą drzwi. Stanął pod nimi i po chwili gdy usłyszał dźwięk przekręcanego zamka z westchnieniem rezygnacji poszedł do swojej sypialni, rzucił się na łóżko i zasnął.

_______________________________________________________________________

Coś długo mnie tu nie było ^^"
Mam dla Was ficka który powstał prawie rok temu i nie miał znaleźć się na blogu, ale z racji tego, że nie mam ani czasu ani siły na pisanie to wykorzystam to co mam. Rozdziałów jest 14 skończonych, 15 dopiero zaczęty. Nie wiem ile części będzie, ale myślę, że się spodoba. Ja kocham tego ficka całym serduchem <3 Tytuł taki dziwny trochę, ale myślę, że bardzo pasuje do całości. Jak na razie główni bohaterowie będą '?' ponieważ chcę Was zaskoczyć ;D I tu powstaje mały problem ponieważ w tekście pojawia się wątek damsko-męski wpływający znacząco na treść... Mam nadzieję, że to Was nie odstraszy ani nie zniechęci. A par homo będzie tyle, że na pewno każdego zaspokoję xD Po drodze pojawią się pewnie mało znaczące wątki tak dla rozrywki ^^
Aaa i jedna ważna sprawa - jeśli ktoś widział/zobaczy gdzieś tego ficka to tak, ja jestem jego autorką i to co zobaczycie należy do mnie, jest przeze mnie pisane i to ja to opublikowałam dawno temu ;)  Tekst jest cały czas przeze mnie poprawiany, zmieniany więc ... xD
OSIEM komentarzy, kochani ^^

Ps. Jeśli chodzi o pytanie które się pojawiło w którymś komentarzu a propo poprzedniej notki to odpowiedź brzmi: być może pojawi się coś w stylu ciągu dalszego ;)
A 'Wina' na pewno się pojawi, jak będę miała więcej czasu ^^